Psychodietetyk w podróży. Część 2

Wyjeżdżając na krótszy lub dłuższy wojaż, każdorazowo zmieniamy nieco nasz styl jedzenia. Wynika to zazwyczaj z czynników obiektywnych, takich jak zmiana rytmu dnia, zmiana klimatu, inna strefa klimatyczna, odmienna od naszej kultura spożywania posiłków, itp. Pojawiają się również czynniki subiektywne, które tworzymy sami, aby wytłumaczyć sobie, dlaczego na wyjazdach zazwyczaj jemy więcej. Rozmawiając z różnymi osobami, które sporo podróżują i na co dzień starają się dbać o odpowiednią dietę oraz obserwując jak sama funkcjonują podczas wyjazdów, doszłam do następujących wniosków:

  1. Na wyjazdach jesteśmy skłonni jeść więcej, co tłumaczymy sobie chęcią spróbowania lokalnych specjałów.
  2. Uważamy, że można zrobić sobie urlop od racjonalnego żywienia. Jak sobie raz na jakiś czas pofolgujemy z jedzenie, to przecież nic się nie stanie.
  3. Zazwyczaj na wyjazdach człowiek więcej się rusza, a co za tym idzie spala więcej kalorii, więc nawet powinien jeść więcej.

Przepełnieni wyjazdowymi endorfinami nie tylko przestajemy racjonalnie jeść, ale również myśleć. W teorii wyprawa/wycieczka nie musi drastycznie zmieniać naszych nawyków żywieniowych, lecz je wzbogacać o nowe smaki, przepisy itd. Jednak jest parę ALE.

Ale nr 1 – czym kuchnia bogata. Nie znalazłam nigdzie badań na temat wzrostu spożywanych przez nas kalorii w ciągu dnia w odniesieniu do kraju jaki odwiedzamy. Obstawiam, że więcej kcal pojawi się w naszej diecie, gdy będziemy przebywać we Włoszech, gdzie trudno jest się oprzeć pokusie zjedzenia pizzy, makaronów, zapiekanek czy tiramisu. Udając się natomiast do Wietnamu, będziemy mieć szansę nawet schudnąć, jeśli będziemy trzymać się tamtejszego menu. Tak w każdym razie twierdził prof. Naruszewicz podczas jednego ze swoich wykładów na psychodietetyce. W Wietnamie spożywa się dużo warzyw, owoców i ryżu. Nie używa się tam lodówek, więc wszystko co ląduje na stole jest naprawdę świeże. Oczywiście nie piszę tego wszystkiego, byście najbliższe wycieczki planowali pod kątek tego, jak bardzo kaloryczną kuchnię ma dany kraj. Po prostu jest to pewien element podróżowania, o którym mało kto rozmyśla.

Ale nr 2 – „Klątwa faraona” Każdy o niej słyszał i nie musiał jechać do Egiptu, by na własnej skórze się przekonać, że istnieje. Zatrucia pokarmowe na wyjazdach zdarzają się dość często i to nawet w tych mało egzotycznych krajach. Niestety podczas urlopów tracimy nieco czujność i jemy niemyte owoce czy warzywa, a sami średnio dbamy o higienę własnych rąk. Tym sposobem zapraszamy do naszego przewodu pokarmowego mało przychylne nam bakterie. O ile na terenie Europy zakupione w Polsce leki na biegunkę i wymioty zadziałają, o tyle w Azji i Afryce już niekoniecznie. Występuje tam inna flora bakteryjna, do której nie są przystosowane nasze rodzime leki. Jeśli dopadnie nas wredne zatrucie, najlepiej udać się do lokalnej apteki i ratować się tamtejszymi specyfikami. Oczywiście dobrze jest przed wyjazdem sprawdzić, jak w danym języku powiedzieć „zatrucie” czy „biegunka”, by wytłumaczyć farmaceucie, czego potrzebujemy. Z mojego doświadczenia wynika, że w aptekach mało kto mówi po angielsku. Będąc w Sofii nie udało mi się zakupić bandaża, gdyż po pierwsze nie wiedziałam jak brzmi jego bułgarski odpowiednik. Po drugie język angielski oraz język znaków, gestów oraz pantomima, również okazały się bezskuteczne. Panie farmaceutki patrzyły się na mnie, jakbym była z innej planety. Fakt, nie wyglądałam najlepiej, po dwóch tygodniach w górach, bez możliwości częstej kąpieli. W każdym razie misja „Bandaż” skończyła się fiaskiem. Mam jednak wrażenie, że pantomima dotycząca wymiotów byłaby jednak bardziej sugestywna i dawałaby więcej szans na zakup leku. Co warto zabrać ze sobą, by nie musieć odstawiać szopki a aptece? Cejrowski zaleca, by w każdej wyjazdowej apteczce znalazł się węgiel aktywowany, który poradzi sobie przy zatruciu, bez względu na to w jakim kraju czy kontynencie się znajdziemy. O własną higienę również warto zadbać. Polecam zainwestowanie w żele dezynfekujące, które nie kosztują fortuny, są w niedużych opakowaniach, więc nie będą zajmowały zbyt wiele miejsca.

Ale nr 3 – Uff jak gorąco. Jadąc do cieplejszych niż Polska krajów (w sumie nie trzeba wyjeżdżać na Hawaje, by było cieplej niż u nas), ciężko jest się trzymać zasady pięciu posiłków dziennie. Próbowałam i jakoś mi to nie wychodziło. Generalnie, gdy na zewnątrz jest 40°C w cieniu, nasze organizmy trochę się buntują, przegrzewają i nie chcą jeść. Za to w dużych ilościach domagają się napojów wszelakich, byleby były zimne. Nasze organizmy można odrobinę oszukać i jeść, np. winogrona, melony czy arbuzy, które mają w sobie sporo wody, ale również cukier, który dostarczy nam kalorii, dzięki czemu będziemy mieć odrobinę więcej energii. Osobiście bardzo źle znoszę upały, nie tylko przez wzgląd na poparzenia słoneczne, ale również przez wzgląd na problemy żołądkowe, jakie mnie przy wysokich temperaturach nękają. Mając tego typu przypadłości, czy też nie, zawsze przy upałach należy pamiętać o odpowiednim nawodnieniu organizmu.  Odpowiednim, czyli takim, kiedy nie będzie chciało nam się pić. Odwodnienie to paskudna sprawa, przeżywałam to i przy upałach i przy ogromnym mrozie, nikomu nie polecam. Woda jednak może być naszym sprzymierzeńcem, jak i wrogiem, jeśli pochodzi z niepewnego źródła. Na Bałkanach, czy we Włoszech znajdziemy w wielu miejscach źródełka z wodą. Należy jednak zwracać baczną uwagę na to, czy nie ma przy nich obrazka, symbolu lub napisu, mówiącego, że woda nie jest pitna. Jeśli nie jesteśmy w stanie tego rozszyfrować, to najlepiej spojrzeć co robią miejscowi. Jeśli wysiadają z samochodu z naręczem plastikowych butelek, które następnie skrupulatnie napełniają, możemy mieć pewne przypuszczenie, że woda nadaje się do spożycia. Kiedy chcemy mieć 100% pewności, poczekajmy na kogoś, kto się tej wody po prostu napije. Oczywiście może tak być, że to co nie szkodzi miejscowym, zaszkodzi nam. Ale dopóki zostajemy w Europie, to nie powinniśmy wpadać w panikę. Fakt faktem zdarzało mi się nabrać wody, która po paru godzinach przebywania w butelce, zrobiła się zielona. Dlatego najlepiej by było przegotowywać wodę przed spożyciem. Kiedy nie ma na to czasu, lepiej kupować wodę butelkowaną, a źródełka z wodą traktować jako schładzacz całego ciała.

Kiedy jednak nie musimy obawiać się zatruć, ani tego skąd zdobędziemy wodę, gdy jemy w restauracjach lub mamy wszystko „all inclusive”, co musimy zrobić, by nie wrócić z bagażem dodatkowych kilogramów? W książce „Myślenie wyszczuplające. Dieta dr Beck.” tytułowa pani Judith S. Beck daje nam taką oto radę: „Czy podróżujesz w interesach, czy dla przyjemności, zawsze możesz zapanować nad sytuacją, jeżeli tylko przed wyjazdem opracujesz strategię.” (Beck, J.S. „Myślenie wyszczuplające. Dieta dr Beck”. Warszawa: Wydawnictwo WAB, 271)

Mam świadomość, że nie każdy trzyma się konkretnej diety, ale pewnie większości z Was zdarzyło się wrócić z wyjazdu z paroma nadprogramowymi kilogramami. Jedni uznają: nie ma się czym przejmować, zgubię po powrocie. Inni wolą zachować tę samą masę przez cały czas trwania wyjazdu. Jak to zrobić? Idąc tropem dr Beck: planować. Ale im bardziej surowe zasady żywienia będziemy chcieli zastosować w trakcie wyjazdu, tym trudniej będzie nam je zachować. Nie może też tak być, że większość wakacji spędzimy na planowaniu tego, co nam wolno, a czego nie wolno zjeść. Tu posłużę się radami dr Beck:

– Codziennie pozwól sobie na kilkaset dodatkowych kalorii.

– Przestrzegaj zwykłego jadłospisu, ale czasami dodawaj drobne przyjemności.

– Przestrzegaj diety, a ostatniego dnia pozwól sobie na szaleństwo.

Według mnie najwygodniejsza i najmniej inwazyjna jest pierwsza ze strategii, która pozwala nam smakować nowej kuchni, ale w sposób stopniowy. Jeśli dostarczymy sobie więcej kcal na wyjeździe, gdzie sporo się ruszamy, to nasz organizm nie powinien zwiększyć swojej masy. Warto jest też w ogóle wprowadzić zasadę: skoro na wakacjach chcę jeść więcej, to będę się więcej ruszać (pływać, ale nie zaraz po konsumpcji; biegać; maszerować; chodzić na długie spacery itd.).

Jest jeszcze kwestia regularności spożywania posiłków. Udowodniono, że najważniejszym i podstawowym posiłkiem w ciągu dnia jest śniadanie. Potrzebujemy go na rozruch całego organizmu, po nocy spędzonej w stanie spoczynku. Śniadanie powinno być spożywane do pół godziny po tym, jak się obudzimy. No cóż tyle teoria. A praktyka? Cóż sama wiem po sobie, że na wyjazdach czasami ciężko jest zjeść śniadanie, zaraz po przebudzeniu. Tyle, że później przez większość dnia mam syndrom żaglówki bez wiatru. Zatem najlepiej na wyjazdach trzymać się zasady, że to śniadanie jest najważniejsze i nigdy o nim nie zapominać. Pozostałe posiłki są istotne, ale jeśli pominiemy drugie śniadanie, a obiad zjemy na kolację, to generalnie nic nam się nie stanie.

W tym skupianiu się na zdrowym odżywianiu, racjonalności lub odchudzaniu, musimy pamiętać o jednym. Wyjazdy nas kształcą, również kulinarnie. Dlatego nie bójmy się próbować nowych smaków, ale róbmy to po prostu z umiarem, tak by po wyjeździe naszą główną pamiątką nie były nadprogramowe kilogramy!

Śniadanie można przygotować zawsze i wszędzie!

śniadanie

Należy jeść z umiarem 😉

Apetyt

 

Czasami można sobie trochę pofolgować 😉

SONY DSC

Advertisements

7 uwag do wpisu “Psychodietetyk w podróży. Część 2

  1. Ja zawsze myślałam, że na wyjazdach jestem nieśmiertelna – nic mnie nie brało. Ale w Gruzji dopadło mnie aż trzy razy… Wyleczyła mnie pewna staruszka wodą z kranu (!) z 3 stołowymi łyżkami cukru. Jak zobaczyłam tę miksturę, to pomyślałam, że już i tak gorzej być nie może, więc trzeba wypić… I przeszło po dwóch godzinach! 😀

  2. a ja mam takie przemyślenia, że w ramach ratunku to mam zazwyczaj przy sobie węgiel (póki co na szczęście nigdy nie był potrzebny, bo jakoś odporna na wszelkie zarazy jestem), a w ramach zapobiegania to ja zawsze sobie dezynfekuje żołądek jakimś miłym miejscowym alkoholem….bardzo skuteczne na wyjazdach 🙂

    • Generalnie, co do alkoholu masz rację, w wielu krajach zaleca się by przed posiłkiem lub po nim strzelić sobie coś mocniejszego. Problem w tym, że nie zawsze na żołądek dobrze działa alkohol, a czasami jest za późno by mógł nam pomóc 😉

  3. A ja mam inne doświadczenie z podróżami – na mnie działają jak dieta cud. Jak w domu musze się pilnować i uważać co jem, tak na wyjazdach chudne w oczach. Tyle sie dzieje wokół, wszystko jest ciekawe i niesamowite, że nie ma czasu nawet myśleć o jedzeniu. I co dziwne chudne nie podczas wielodniowej wędrówki po górach, a wtedy gdy wyleguje sie na plaży urozmaicając czas spacerami i pływaniem. Taki już dziwny mój organizm.

    A najwięcej chudne podczas jazdy autostopem. Zawsze zakładam, że zjem jak nas wysadzą. Więc wysiadamy, potem spacerek żeby znaleźć dobre miejsce na łapanie stopa i w końcu sadowimy się na poboczu. Następuje wyjmowanie jedzenia z plecaków, kilka gryzów i … samochód się zatrzymuje. Więc jedzenie do kieszeni (nie będziemy kruszyć u kogoś w samochodzie) i na następnym postoju sytuacja się powtarza. Jak uda się zjeść jeden posiłek na spokojnie to można to uznać za osiągnięcie 🙂

    • Wiadomo, każdy z nas jest inny i każdy organizm nieco inaczej funkcjonuje. Ale prawda jest taka, że im więcej endorfin dostarczamy sobie podczas wyjazdu, tym mniej kalorii pochłaniamy. Często jest tak, że w momencie jak nam źle, smutno lub nudno, to sięgamy po jedzenie, głównie słodkości, by dostarczyć sobie smakowych endorfin. W podróży, tak jak sama napisałaś, na tyle dużo się dzieje, jest tylke do zrobienia/oglądania itd., że często jedzenie schodzi na drugi plan 😉

  4. Pingback: Psychodietetyk w podróży – pokusy | BAŁKANY według RUDEJ

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s