Psychodietetyk w podróży – pokusy

Pokusy…ach któż im nie ulega? Praktycznie codziennie coś nas kusi. A to kolejna bluzka zauważona w sklepie, a to znowuż ciastko, które filuternie puszcza do nas oczko z wystawy cukierni. Jeśli nasza silna wola jest silna, to zazwyczaj jesteśmy w stanie odpędzić pokusę i przejść obok niej obojętnie.

Są jednak takie momenty w naszej ciężkiej, ludzkiej egzystencji, że po prostu musimy kupić tę bluzkę lub zjeść to ciastko. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy chcemy sobie poprawić humor. Wiadomo, im więcej endorfin, tym lepiej. Szkoda tylko, że zazwyczaj takie polepszanie sobie nastroju trwa tak krótko. Kiedy do głosu dochodzi rozsądek uświadamiamy sobie, że setna bluzka w naszej szafie będzie się kurzyć i miąć razem z całą resztą, a zjedzone ciastko pójdzie w biodra a nie w cycki (w przypadku pań) lub w brzuch zamiast w mięśnie (w przypadku panów). Pokusy lubią nas atakować również wtedy, gdy nasza uwaga jest pochłonięta innymi, ważniejszymi sprawami. Tak się dzieje na przykład wtedy, gdy podróżujemy. Humor mamy wprost rewelacyjny, cieszy nas każda chwila jaką możemy spędzić w jakimś wyjątkowym miejscu, ogólnie endorfinowy szał ciał. W tym czasie, przyczajone pokusy przyglądają się naszej podróżniczej euforii i czekają na odpowiedni moment, by zaatakować. Najpierw atakują przy stoisku z pamiątkami. „Niepotrzebny mi milionowy kubek, ale kupię, go, będzie się ładnie prezentować na półce.” „Nigdy nie założę tego kaszmirowego szala z Albanii, ale będę się mogła pochwalić wszystkim, że go mam.” „Długopis? Why not, co z tego, że i tak zaraz przestanie pisać!” Można by wymieniać długo, ale prawda jest taka, że lokalni sprzedawcy pamiątek wiedzą, czym i jak nas skusić, żebyśmy kupili więcej. Dopiero po powrocie do domu, kiedy wypakowujemy różne zakupione dobra zastanawiamy się, co my do cholery przywieźliśmy. Dobrym rozwiązaniem w takim przypadku jest posiadanie bardzo ograniczonych funduszy, wtedy każde euro, lek czy dinar będzie dużo bardziej przemyślany. Jednak pokusy wiedzą, że bez pamiątek możemy się obejść, lecz bez jedzenia już nie. Wspominałam o tym, że podczas wyjazdów robimy sobie też urlop od często racjonalnego lub niskokalorycznego jedzenia, jakie wybieramy na co dzień. Cóż, pokusy o tym wiedzą i wykorzystują. Sama po sobie wiem, że gdy podróżuję, to często sięgam w sklepachspożywczych po produkty, których normalnie bym nie kupiła. Trochę w myśl zasady – przez cały rok nie mogę, to teraz sobie pozwolę. Często jest też tak, że na wyjazdach po prostu jemy więcej. Tłumaczymy to głównie chęcią spróbowania lokalnych potraw, „no nie mogę gospodarza obrazić, muszę zjeść wszystko”, „Takie pyszności się zmarnują?”, a tak naprawdę ulegamy pokusom, które śmieją się z naszej uległości i cieszą ze swej wygranej. Pół biedy, gdy ulegamy im tylko na wyjazdach. Gorzej, gdy zaczynają wchodzić z buciorami w nasze codzienne życie. Jak wtedy sobie z nimi poradzić? Po pierwsze wyznaczać jasne granice – co mogę, czego nie mogę. Po drugie – dawać sobie np. jeden – dwa dni w miesiącu, w których mogę po prostu sobie pofolgować, a poza tymi dniami trzymać się wyznaczonych granic. Po trzecie podejść do tego trochę jak do swoistego wyzwania. „Ja nie dam rady? Ja??” Po czwarte ćwiczyć silną wolę w momencie ekspozycji na pokusy, np. wejść do cukierni i niczego nie kupić; po wypłacie zamiast przeglądać w internecie i sklepach stacjonarnych rzeczy, które nas nęcą, odłożyć kasę jaką byśmy na nie wydali na konto oszczędnościowe.

Generalnie pokusy zawsze będą w naszym życiu, ale tylko od nas zależy jaką rolę będą w nim odgrywać. Jeśli spotykać je będziemy tylko podczas podróży, to nie musimy się zbytnio przejmować. Gdy jednak pokusy zaczną nas zbyt mocno atakować w codziennym życiu, wtedy musimy się wziąć w garść, by nie zostać zdominowanymi.

Advertisements

6 uwag do wpisu “Psychodietetyk w podróży – pokusy

  1. Ola, ja to ci od razu powiem, że jak wejdę już do cukierni to raczej na 100% coś w niej kupię….a moja silna wola polega na tym, że wybrałam dłuższą drogę z i do pracy, która omija wszystkie cukiernie w okolicy 🙂

  2. Ja na wakacjach folguję sobie totalnie! Potrzebuję endorfin (nawet chwilowych), żeby naładować akumulatory i nie zamierzam sobie odmawiać przyjemności (zwłaszcza kulinarnych). Nawet wolę się spłukać lub nadwyrężyć kartę kredytową, zamiast potem żałować, że czegoś tam nie spróbowałam, nie kupiłam. Kaszmirowy szal też kupiłam ostatnio w Indiach (żałowałam za to kilka lat, ze nie kupiłam go poprzednio)! Ale każdy jest inny. Pozdrawiam!

    • Ja nie mówię, że takie folgowanie sobie na wyjazdach jest złe. Złym sie staje, gdy zaczynamy nie mieć nad nim kontroli. Zresztą po to są wyjazdy, żeby się wyszaleć, zarówno podróżniczo, jak i kulinarnie 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s