Mój pierwszy bałkański raz , czyli Bałkany 2010. Część 1

Dziś zabieram Was w podróż w czasie, do września 2010 – wtedy po raz pierwszy spotkałam się z Bałkanami. Uczestnikami tej wyprawy byli:  ruda, czyli ja oraz Tomasz czyli Tomasz Fryźlewicz (http://transkarpatia.pl/index.html). Generalnie cały wojaż powstawał wyjątkowo spontanicznie. Zacznę od tego, że zarówno ja, jak i Tomasz mieliśmy zupełnie inne plany na wrzesień, ale chcieliśmy wspólnie udać się na tydzień – dwa do Bułgarii. Tomasz w tamtym czasie planował zrobić Transalpejkę, ale problem z nogą sprawił, że wrócił z niej szybciej niż planował (swój plan zrealizował w 2011 roku: http://transkarpatia.pl/g_transa_alp.html). Ja też miałam jechać w Alpy, ale z różnych powodów wyjazd nie doszedł do skutku. I tak nastała połowa sierpnia, szłam sobie akurat ulicą Warszawską w Kielcach, dzwoni telefon.

Hej rude, słuchaj, może byśmy wcześniej pojechali na te Bałkany?? I może na dłużej? Moja noga miewa się lepiej, mam jeszcze urlop!

Nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią. W domu nastąpiło szybkie sprawdzanie połączeń Polska – Bułgaria, a już następnego dnia byłam w Krakowie i kupowałam wraz z Tomaszem bilety na autokar linii Ecolines Kraków – Sofia.

1.09.2010 To data rozpoczęcia mojej pierwszej, bałkańskiej przygody. Swą podróż zaczynam w Kielcach, gdzie z samego rana wsiadam do pociągu, który przetransportuje mnie do Krakowa. Na stacji żegna mnie tata. Gdy macham mu z okna mojego wagonu, zastanawiam się kiedy i z jakimi wspomnieniami wrócę oraz co przeżyję. Ale to wszystko było jeszcze przede mną. Póki co dojeżdżam do Krakowa, gdzie spotykam się z Tomaszem. Nasze plecaki z lekka pękają w szwach, a ja część jedzenia mam jeszcze w siatce, więc usiłujemy rozwiązać ten logistyczny problem. Mnie się obrywa od Tomasza, ze mój plecak jest trochę za mały  i maszty od namiotu oraz wodę, będę musiała nieść przytroczone na zewnątrz plecaka. Co ciekawe mój za mały plecak, okazał się być cięższy od dużego plecaka Tomka.

Nasz autokar planowo miał wyjechać z dworca RDA w Krakowie o godzinie 12:40. Spóźnił się tylko pół godziny. Pogoda jaka wtedy panowała w Polsce, była daleka od ideału. Lało, było szaro i ponuro. Kiedy już jedziemy w stronę południowej granicy, obserwujemy pozalewane tereny i wyjątkowo wzburzone rzeki. Dopiero w autokarze odkrywamy, jak ciekawą drogą będziemy podróżować: Kraków -> Bratysława -> Wiedeń -> Budapeszt -> Belgrad i na deser Sofia. Wieczorem nie pozostaje nam nic innego, jak po prostu iść spać. Nie idziemy jednak za przykładem Bułgarów, którzy kładą się w przejściu, między siedzeniami.

2.09.2010 Budzimy się w Serbii. No obudziliśmy się wcześnie, gdy sprawdzane były nasze paszporty. Za oknami dość surowy, skalisty i suchy krajobraz. Najciekawszym etapem podróży był przejazd przez Dolinę Nishavy, która jest głęboko wyżłobiona w skałach. Nasz dwupiętrowy autokar mknie również przez kolejne tunele. Tomasz komentuje to w ten sposób: „Gdyby to była polska droga, to obchodziłaby każdą górę.” Cóż Serbowie potrafią budować tunele. Zresztą wszędzie na Bałkanach tuneli jest bardzo dużo, ale z racji ukształtowania terenu raczej nie mieli innego wyjścia.

Kiedy jesteśmy już na terenie Bułgarii, jadący z nami Bułgarzy wyciągają gitarę i zaczynają śpiewać oraz grać. Początkowo dominują ich utwory, aż do momentu gdy zaczynają grać „Wish you were here” Pink Floydów. Ta piosenka jest moim osobistym fenomenem. Po pierwsze znam ją od dziecka, a tekstu nauczyłam się jeszcze przed tym, jak zaczęłam ogarniać język angielski. Uwielbiam ją śpiewać i miałam ku temu sporo okazji, nie tylko w autokarze linii Ecolines, ale np. w schronisku gdzieś w Niżnych Tatrach na Słowacji. Po hiciorze Pink Floydów, wraz z poznaną w autobusie Polką, mającą podwójne obywatelstwo (polskie i bułgarskie), panią muzealnik, zaczynamy nucić „Hej sokoły”. Okazuje się, że koledzy od gitary znają nie tylko melodię, ale również słowa tej piosenki. Po chwili śpiewa z nami pół autokaru. Z pieśnią na ustach dojeżdżamy do dworca autobusowego w Sofii. Tam uświadamiamy sobie, że zegarki należy przestawić o godzinę do przodu, a po drugie, że nasz transport do Melnika odjeżdża za 10 minut. Nie mając zbyt wiele czasu na zbędne rozważania, biegniemy w poszukiwaniu platformy, z której odjeżdża nasz autobus. Na szczęście udaje nam się zdążyć i już po chwili mkniemy przez Bułgarię, witając się z naszymi celami podróży: górami Piryn i Riła.

Do Melnika, czyli najmniejszego miasta w Bułgarii, docieramy późnym popołudniem. Z czego słynie Melnik? Po pierwsze z Melnickich Piramid, czyli niesamowitych wprost form piaskowca. Po drugie, z pysznego wina i bardzo smacznych miodów. W Melniku udajemy się na obiad: szopska sałatka oraz piwo Zagorka (idealne dla osoby, która ma na nazwisko Zagórska). Na jednym z kramów kupujemy butlę wina na jutrzejsze święto oraz słoik miodu z zatopionymi w nim migdałami.

Koło 19 ruszamy do Rożeńskiego Monastyru, obok którego planujemy nocleg. Mimo wieczornej pory jest naprawdę upalnie, nawet przewodnik Bezdroży radził, by szlak ten przemierzać albo wczesnym rankiem, albo wieczorem. Droga wiedzie początkowo przez akacjowy las, korytem wyschniętego potoku. Po pewnym czasie ścieżka zaczyna wznosić się nieco bardziej stromo i po chwili wychodzimy na szczyt jednej z piramid. Niestety nie zdążyliśmy na zachód słońca, więc piramidy nie mają już tak intensywnego koloru. Schodzimy w stronę Rożeńskiego Monastyru, gdy jest już praktycznie ciemno. Nasze obozowisko rozbijamy nieco niżej, na polanie obok ruin cerkwi. Miejsce to jest idealne na nocleg z racji źródełka, jakie jest obok cerkwi.  Piryn to bardzo suche góry, więc woda jest na wagę złota. Na kolację pałaszujemy zakupiony wcześniej miód i zapijamy go herbatą z wiśniówką.  Mimo wieczorowej pory, jest naprawdę ciepło, co zapowiada upał w ciągu następnego dnia.

Ciąg dalszy nastąpi i to całkiem szybko!

Nasz piękny autokar

Autokar

Widoki z drogi

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

W Melniku

SONY DSC

©

W świetnej, melnickiej knajpce, do której wrócę w 2013 roku 🙂

SONY DSC

SONY DSC

Zaczytany Tomasz

SONY DSC

Wieczorne, Melnickie Piramidy

SONY DSC

SONY DSC

Kolacja przy świecach…no niech będzie, przy jednej świeczce

SONY DSC

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Mój pierwszy bałkański raz , czyli Bałkany 2010. Część 1

    • W 2010 roku nikogo oprócz mnie i Tomasza nie było. Natomiast w 2013 nocowało tam sporo ludzi, głównie Bułgarów, ale trafił się też Polak, o czym będę w dalszym wpisie opowiadać. Generalnie miejscówka jest na dziko, wszyscy o niej wiedzą, a jak rozmawiałam ze znajomymi, to kilkoro z nich też już kiedyś tam nocowało. Miejsce o tyle dobre, że jest dostęp do wody, co w tym regionie wcale nie jest takie oczywiste.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s