Podchoinkowe, podróżnicze, nie tylko bałkańskie prezenty

Święta Bożego Narodzenia już tuż tuż, a Mikołajki praktycznie za chwilę. Ja zasadniczo wszystkie prezenty mam już na ten rok zakupione, bo od lat to finansowe przedsięwzięcie rozkładam na 2-3miesiące, by nie dobić się na raz wydatkami. Ale jeśli jeszcze nie wiecie, co kupić swoim najbliższym, albo co byście chcieli sami dostać, to służę pomocą i małymi sugestiami. Dodam tylko, że wpis nie jest sponsorowany i nikt nie „zmusił” mnie do zaprezentowania akurat takiego zestawy produktów (to tak na wszelki wypadek, jakby mi ktoś coś chciał zarzucić).

1. Książki, książki i jeszcze raz mapy

Odkąd mój Kindle umarł śmiercią naturalną, a raczej elektroniczną, bardzo szybko przeprosiłam się z książkami w wersji papierowej. Kupuję ich znów całkiem sporo, co oczywiście odczuwa mój budżet. Niemniej jednak to właśnie książki odkąd pamiętam królują pod moją rodzinną choinką. Sama je kupuję moim najbliższym. I tu małe sprostowanie – kupuję je wszystkim oprócz Marka, bo po prostu on nigdy nic nie czyta. Ani mojego (w sumie to poniekąd naszego) bloga, ani książek. Na początku naszego związku popełniłam ten błąd i kupiłam mu dwie książki poświęcone rowerom. Efekt był taki, że sama je przeczytałam, po czym mu streściłam. W każdym razie, jeśli wiecie, że adresaci Waszych prezentów czytają, to książka zawsze będzie strzałem w dziesiątkę. A literatura podróżnicza strzałem w setkę!

Obecnie wybór książek poświęconych podróżom jest naprawdę imponujący. Możemy zakupić czyjeś podróżnicze wspomnienia, przewodniki czy albumy ze zdjęciami z najbardziej wymyślnych zakątków świata. Do wyboru do koloru, zarówno pod kątem cen, jak i jakości.

Możemy też stworzyć własną książkę lub też fotoksiążkę, w której zawrzemy zdjęcia ze wspólnej podróży czy wyrypy z osobą, która ma być adresatem prezentu. Spersonalizowane, od serca, wymagające trochę wysiłku i kreatywności, więc na pewno zostanie docenione. Porządne fotoksiążki można zakupić nawet od 39zł za 28stron (tak, wiem, to nie jest najtaniej, ale stosunek cent do jakości jest jak najbardziej trafiony). Ja polecam fotoksiążki z Na Kolorowo 🙂

Nasza fotoksiążka ze wspomnieniami z Albanii 2014

fotoksiązka
Czytaj dalej

Reklamy

Bałkany vs Azja

Ostatnio, w przypływie natchnienia, zaczęłam przeglądać różne blogi podróżnicze, zarówno te mniej i bardziej popularne, pod kątem tego, czy znajdę na nich coś o Bałkanach. Chciałam przekonać się, jaki kierunek wojaży jest wśród polskich blogerów najbardziej popularny. Okazuje się, że większość, jak jeden mąż, podróżuje do Azji. I zasadniczo mogłabym na tym zakończyć wpis, podsumowując jedynie, że najwięcej Polaków można spotkać w Laosie, Chinach, Japonii czy Tajlandii, lecz z racji sporego zaludnienia azjatyckich krajów, nie wybijają się oni zbytnio na tle lokalnej ludności.

źródło:http://www.mnn.com/earth-matters/wilderness-resources/stories/worlds-big-cities-to-become-more-crowded

Czytaj dalej

Psychodietetyk w podróży. Część 2

Wyjeżdżając na krótszy lub dłuższy wojaż, każdorazowo zmieniamy nieco nasz styl jedzenia. Wynika to zazwyczaj z czynników obiektywnych, takich jak zmiana rytmu dnia, zmiana klimatu, inna strefa klimatyczna, odmienna od naszej kultura spożywania posiłków, itp. Pojawiają się również czynniki subiektywne, które tworzymy sami, aby wytłumaczyć sobie, dlaczego na wyjazdach zazwyczaj jemy więcej. Rozmawiając z różnymi osobami, które sporo podróżują i na co dzień starają się dbać o odpowiednią dietę oraz obserwując jak sama funkcjonują podczas wyjazdów, doszłam do następujących wniosków:

  1. Na wyjazdach jesteśmy skłonni jeść więcej, co tłumaczymy sobie chęcią spróbowania lokalnych specjałów.
  2. Uważamy, że można zrobić sobie urlop od racjonalnego żywienia. Jak sobie raz na jakiś czas pofolgujemy z jedzenie, to przecież nic się nie stanie.
  3. Zazwyczaj na wyjazdach człowiek więcej się rusza, a co za tym idzie spala więcej kalorii, więc nawet powinien jeść więcej.

Przepełnieni wyjazdowymi endorfinami nie tylko przestajemy racjonalnie jeść, ale również myśleć. W teorii wyprawa/wycieczka nie musi drastycznie zmieniać naszych nawyków żywieniowych, lecz je wzbogacać o nowe smaki, przepisy itd. Jednak jest parę ALE. Czytaj dalej

Psychodietetyk w podróży. Część 1

 

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mam fioła na punkcie zdrowego żywienia, diet itd. Postanowiłam w zeszłym roku poszerzyć moją wiedzę z tego zakresu i poszłam na podyplomowe studia z psychodietetyki. Decyzji nie żałuję, gdyż był to rok wypełniony poszerzaniem horyzontów oraz licznymi fenomenalnymi wykładami i ćwiczeniami,  a także rozbudowywaniem biblioteczki z literaturą fachową. Oczywiście poznałam mnóstwo świetnych ludzi, więc rok z psychodietetyką był wielce udany.

Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest psychodietetyka, spieszę z wyjaśnieniem.  Otóż jak jej nazwa wskazuje, łączy ona w sobie wiedzę z zakresu psychologii oraz dietetyki. Podczas pracy z klientem (najczęściej otyłym, ale nie tylko) dąży się do zmiany nawyków żywieniowych, które doprowadziły do tego, że waży za dużo lub za mało. Psychodietetycy dają swoim klientom wędkę, a nie rybę, czyli pracują z nimi nad wykształceniem nowych postaw i zachowań, a nie dają gotowych schematów działania. Na razie zostawię Was z tą dawką wiedzy, żeby Was nie zanudzić.

No dobrze, ale ktoś się może zapytać: a co ma piernik do wiatraka, czyli psychodietetyka do podróżowania i Bałkanów? O dziwo? Bardzo dużo.

Zacznę od cytatu z książki, która ostatnio robi się coraz bardziej popularna, czyli „Zamień chemię na jedzenie” Julity Bator.

„Jednym z impulsów, dzięki którym wprowadziliśmy w domu zdrowe odżywianie, był nasz rodzinny tygodniowy pobyt na Krecie, z opłaconym wyżywieniem.

Długo biłam się z myślami, czy zdjąć na chwilę mundur policjanta i pozwolić dzieciom na wymarzonych wakacjach jeść raz w życiu wszystko, co chcą – i zafundować im zapalenie oskrzeli, wysypki, duszności, ewentualnie zapalenie ucha, wreszcie antybiotyk – czy jak zazwyczaj zachowawczo omijać produkty potencjalnie szkodliwe (…).

Oczekiwane perturbacje zdrowotne nie wystąpiły, co odnotowaliśmy ze zdziwieniem i niedowierzaniem, absolutnie nie traktując tego w kategorii przypadku.

Po powrocie przedyskutowałam tę sytuację z pediatrą. Razem rozważaliśmy wpływ tamtejszego powietrza, ale ta możliwość odpadła z tego względu, że leczniczy efekt inhalacyjny odczuwa się po dłuższym pobycia, na pewno nie po tygodniowym.

Narzuciwszy pelerynę Sherlocka Holmesa, zabrałam się do rozwiązywania kreteńskiej zagadki. Wertując informację na temat Krety, natknęłam się na wzmiankę o tamtejszej diecie i jej składnikach. Kreteńczycy, przestrzegający tradycyjnej diety śródziemnomorskiej, obfitującej w świeże lokalne warzywa i owoce, ryby, oliwę i żywność nieprzetworzoną, należą do jednych z najzdrowszych narodów na świecie.”

(Bator J. (2013). Zamień chemię na jedzenie. Kraków: Wydawnictwo Znak, 25-26.)

 

Zacytowana powyżej autorka przez długi czas borykała się z problemami zdrowotnymi swoich dzieci, które ciągle chorowały i kilka razy do roku były na kuracjach antybiotykowych. Kiedy pociechy chorowały, to zarażały również panią Julitę i jej męża. Pobyt na Krecie zainspirował ją do zmiany nawyków żywieniowych swojej rodziny, poprzez wyeliminowanie produktów silnie przetworzonych, nafaszerowanych chemią.  W efekcie może więcej wydaje na jedzenie, za to stanowczo mniej na leki. I tu właśnie wkracza psychodietetyk w podróży – obserwacja tego co konsumują inne narody, może nam naprawdę sporo powiedzieć, co więcej może nas sporo nauczyć.

Obecnie media, lekarze czy dietetycy trąbią o pladze otyłości, która nawiedziła Europę. Wcześniej o tym zjawisku mówiono głównie w kontekście Stanów Zjednoczonych, gdzie osoby o wadze 150 i więcej nie są od dawna niczym nadzwyczajnym. Na Starym Kontynencie problem chorobliwej otyłości nie był tak rozpowszechniony, aż do teraz. Śmieciowe jedzenie, brak odpowiedniej wiedzy na temat jedzenia oraz brak czasu – to wszystko wpłynęło na fakt, że jesteśmy coraz grubsi.

Kiedy jednak pojedziemy na Bałkany, które jednak leżą w Europie, to zasadniczo nie spotkamy tłumu osób otyłych, czy z nadwagą (a jeśli już jakieś spotkamy, to raczej będą to turyści). Patrząc na bałkańskie menu znajdziemy tam sporo białego pieczywa. Serca wielu dietetyków pewnie w tym momencie powinny zadrżeć, w końcu białe pieczywo to zło wcielone. A co gorsza, taki burek (byrek), zrobiony z ciasta podobnego do filo lub francuskiego, nadziewany serem, mięchem czy szpinakiem, jest dość tłusty, a wszyscy się nim zajadają i jakoś nie są grubi. Przeglądając dalej menu, znajdziemy ogromne ilości warzyw wszelkiej maści i na różne sposoby. Tu dietetycy oddychają z ulgą, by za chwilę znów dostać zawału, bo okazuje się że na Bałkanach je się bardzo dużo serów i to nie tych odtłuszczonych. W menu znajdziemy też wiele ryb morskich – dietetycy wstają i biją brawo dla kwasów Omega-3. Mięso też się ekspertom spodoba, gdyż w omawianym rejonie je się dużo jagnięciny. Oczywiście nasze menu zalewa oliwa z oliwek, rakija i wino, a na deser dostaniemy chałwę i baklawę. Tu dietetycy trochę kręcą nosem, ale po wypiciu kilku kieliszków rakiji zaczyna im być wszystko jedno.

Jak widać, bałkańska dieta ma trochę plusów oraz trochę minusów, które wcale nie są takie ujemne, jakby się mogło wydawać. Przepraszam jednak za spore uogólnienie i nie zagłębianie się w kulinaria każdego kraju z osobna, ale na to przyjdzie czas innym razem.

No dobrze, to co takiego jest w tych Bałkanach, że ludzie nie są tam otyli? Po pierwsze klimat śródziemnomorski wpływa na to, że ludzie są zdrowsi (dzięki większemu nasłonecznieniu mogą syntetyzować w skórze większe ilości witaminy D), mają mniejszy problem z utrzymaniem wagi, bo jedzą super zdrowe produkty, które „dojrzewają na słońcu i świeżym powietrzu”. Żywność jest mniej nafaszerowana chemią, potrawy są najczęściej proste ale bardzo pożywne. Podstawą są duże ilości warzyw (błonnik!) oraz sery owcze, kozie oraz krowie. Ryby morskie, o których wspominałam już wcześniej, są ważnym źródłem kwasów Omega-3, których bardzo brakuje w polskiej diecie i zasadniczo wszyscy Polacy powinni suplementować tran.  Po drugie na Bałkanach ludzie się nie spieszą. Tyczy się to wielu aspektów ich życia, np. pracy, co może być momentami frustrujące. Jednak tacy Albańczycy czy Czarnogórcy nie spieszą się również podczas jedzenie. Może sformułowanie slow food, w przypadku mieszkańców Bałkanów jest nie do końca trafne, ale kiedy już zasiadają do stołu to biesiadują, kosztują, poświęcają temu procesowi sporo czasu, bo jedzenie to przyjemność, a nie bicie rekordu w biegu na 10km, gdzie im szybciej tym lepiej. Po trzecie nasi bałkańscy przyjaciele więcej czasu spędzają na zewnątrz, gdyż mają jednak więcej dni słonecznych w roku, niż my w Polsce. Nie mówię, że dzięki temu uprawiają więcej sportów. Ale im więcej siedzi się w domu, tym częściej wędruje się w stronę lodówki czy szafki kryjącej w sobie górę słodyczy, w myśl zasady, że są pod ręką, więc grzechem by było nie skorzystać.

Oczywiście można by wymieniać o wiele więcej przyczyn, czemu na Bałkanach ludzie nie muszą aż tak mocno pilnować wagi. Jakie wnioski płyną z tych rozważań dla nas? Jedzmy więcej owoców i warzyw, sięgajmy po morskie ryby, np. naszego rodzimego śledzia, stosujmy oliwę do sałatek, a nasz olej rzepakowy do smażenia, nie bójmy się serów (w szczególności tych dojrzewających) i pijmy wino ( w teorii norma dla kobiet to dwa kieliszki dziennie, a dla mężczyzn trzy kieliszki, ale nie sądzę by na Bałkanach ktoś się stosował do tej zasady). Generalnie nie siedźmy w domu, gdy na zewnątrz świeci słońce, jeśli nie musimy stosować kremów z filtrem, to ich nie używajmy, bo dzięki temu w naszej skórze wytworzy się witamina D i będziemy zdrowsi oraz piękniejsi! Zażywajmy ruchu – codzienny pół godziny spacer na pewno spodoba się naszemu organizmowi, a będzie jeszcze szczęśliwszy z jakiejś bardziej intensywnej aktywności (marsz, trucht, bieganie, nordic walking). A jeśli tylko możemy, to w wakacje wybywajmy na Bałkany i smakujmy tamtejszej kuchni, by szukać kulinarnych inspiracji, które można później stosować przez resztę roku w Polsce.

sery

sery i szynki

przetwory i słodkości

Szopska salata i Zagorka

Bałkańskie wino

 

 

 

Bałkany słowem wstępu

Bałkany słowem wstępu

Jak sama nazwa bloga wskazuje, będzie on poświęcony Bałkanom, przedstawionym z mojej, rudej perspektywy. O sobie pisać w tym miejscu nie będę, wszelkie informacje znajdziecie w zakładce o mnie. Siłą tego bloga mają być Bałkany (i nie tylko), a ja będę im skromnie towarzyszyć.

Osobiście, z Bałkanami znam się od 2010 roku, kiedy pojechałam tam po raz pierwszy. Był to dość spontaniczny wyjazd, nastawiony przede wszystkim na trekking. Docelowo w planach była głównie Bułgaria, ale kiedy po tygodniu wraz z Tomkiem Fryźlewiczem przeszliśmy wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, przenieśliśmy się do Czarnogóry. Po miesięcznym trekkingu wróciłam do Polski i wiedziałam jedno: to nie koniec! I miałam rację. W 2012 roku z moim ówczesnym chłopakiem, a obecnym narzeczonym – Markiem, udaliśmy się na miesięczną, samochodową podróż po Bałkanach. Naszą wyprawę nazwaliśmy „Kianka Expedition” z racji tego, że główną bohaterką wyjazdu była Kia Piccanto, nasz środek lokomocji, camper, kuchnia, czytelnia i biuro. Nasze podróżnicze trio, powróciło również w tym roku na Bałkany, jednak tylko na 2 tygodnie. Ale znów wiemy jedno: to nie koniec!

No dobrze, ale dlaczego właściwie Bałkany? W tym miejscu warto przytoczyć swego rodzaju anegdotkę o małżeństwie, które planuje wspólne wakacje. Ona chce nad morze, on w góry. Nie mogąc dojść do porozumienia, udają się do terapeuty. Psycholog z poważną miną wysłuchuje argumenty każdej ze stron, po czym stwierdza: “Jedźcie do Chorwacji!” . Gdybym była na miejscu tego terapeuty, nie zaproponowałabym akurat Chorwacji, głównie przez wzgląd na ceny panujące w tym kraju, jak i tłumy turystów w sezonie. Ja bym powiedziała: “Po prostu wybierzcie się na Bałkany.” Bo Bałkany to region najlepszych kompromisów.

Pierwszym z nich jest właśnie kompromis między górami a morzem. W Polsce, nasze przykładowe małżeństwo, musiałoby wybrać albo morze, albo góry, więc jedna ze stron, byłaby pokrzywdzona. Osobiście kocham góry i od najmłodszych lat właśnie wśród skalistych lub leśnych szczytów spędzałam praktycznie każde wakacje. Sama określam się mianem niskopiennej góralki z Gór Świętokrzyskich. Nad morzem, swego czasu byłam dosłownie 3-4 razy. Mój narzeczony natomiast jest typem “lwa morskiego” – lew ze znaku zodiaku, morski z racji swego upodobania do pływania, taplania się i nurkowania. Planując wspólne podróże, moglibyśmy mieć problem z dojściem do jakiegoś kompromisu, gdyż obydwoje jesteśmy uparci i lubimy postawić na swoim. Jednak jadąc na Bałkany, lew morski jest syty, a ruda cała, gdyż każdy ma to, na czym najbardziej mu zależy. Góry i morze łączą się ze sobą wzdłuż wybrzeża Adriatyku czy Morza Jońskiego. Bikovo, Rumija, to tylko niektóre z pasm górskich, jakie tam znajdziemy. Nie chcemy się kąpać w słonej wodzie? Żaden problem, wystarczy pojechać do Macedonii, nad Jezioro Ohrydzkie. Czysta i ciepła woda plus piękne góry Galicica. Przykładów na górsko-wodne kompromisy możemy na Bałkanach mnożyć.

Drugi kompromis, dla mnie bardzo istotny, dotyczy żywienia. Zarówno wegetarianie, jak i mięsożercy znajdą na Bałkanach mnóstwo potraw, które uradują ich podniebienia. Rozliczne sałatki, burki z serem i szpinakiem czy musaki dla wege. Jagnięcina, ryby czy owoce morza dla mięsożerców. Wybór jest ogromny, a ja jako wegetarianka nie muszę się obawiać, że jak pójdę do restauracji to nie dowiem się, że z bezmięsnych potraw są tylko frytki i sałatka z kapusty, jak to często słyszę w Polsce.

Trzecim kompromisem jest możliwość zobaczenia dużo, w niezbyt długim czasie, bez ponoszenia ogromnych kosztów. Jednak należy pamiętać o jednym: głównym pochłaniaczem czasu i funduszy jest przejazd na trasie Polska – Bałkany – Polska. Nie ważne, czy podróżujemy samolotem, autokarem czy własnym samochodem – będąc na miejscu na przemieszczanie się wydamy mniej, niż na sam dojazd. Po pierwsze dlatego, że takie kraje bałkańskie jak Albania, Czarnogóra czy Macedonia są niewielkie i przejechanie ich wzdłuż i wszerz może zająć raptem parę dni. Serbia, Bośnia czy Bułgaria są znacznie większe, lecz benzyna i transport publiczny są tam tańsze niż w Polsce. W rozważaniach tych chwilowo nie uwzględniam Chorwacji i Grecji, które do najtańszych nie należą i trzeba je traktować nieco inaczej, niż pozostałe, bałkańskie kraje. Generalnie podróżując po Bałkanach nadal jesteśmy w stanie wydać mniej, niż np. we Włoszech czy Hiszpanii.

Bałkańskich kompromisów można mnożyć. Jednak te przedstawione powyżej, wydają mi się najważniejsze. Uważam tak dlatego, że należę do osób, które podróżując chcą zobaczyć jak najwięcej, za jak najmniej. Bałkany dają taką możliwość, oczywiście jeśli ktoś lubi spać w samochodzie lub namiocie i nie żywi się w restauracjach, a w “pekarach” i na bazarkach.

Powoli kończąc tego inauguracyjnego posta, muszę za coś z góry przeprosić. Otóż blog ten na pewno nie będzie obiektywny. Do Bałkanów mam wyjątkowo emocjonalne i sentymentalne podejście, co w dużej mierze będzie przekładało się na mój styl pisania o nich. Czasem spojrzę na nie z przymrużeniem oka, czasem krytycznie, ale nadal będzie to moje, rude postrzeganie bałkańskiej rzeczywistości. Komuś się to spodoba, komuś niekoniecznie. Jednak moim założeniem jest dzielenie się bałkańską wiedzą i doświadczeniem, popularyzowanie Bałkanów i zwalczanie jakiś dziwnych stereotypów na ich temat. Nie chcę jednak stawiać się w roli ekspertki od Bałkanów, bo nią nie jestem. Z każdym wyjazdem wiem więcej, ciągle się uczę!

Jednak nie samymi Bałkanami człowiek żyje i dlatego blog ma mieć elastyczną formę, pozwalającą na poruszanie innych mniej lub bardziej inspirujących tematów.

Na ten moment zapraszam Was do wspólnej, wirtualnej podróży, która w tym miejscu się rozpoczyna!

ruda