Memento mori w podróży

Podróże kształcą, zmieniają punkt widzenia, pozwalają poznawać nowe kultury i tradycje. Przede wszystkim jednak dają możliwość obcowania z namacalnymi świadectwami historii, taj bardziej i mniej odległej. Mimo wszystko jednak w trakcie podróży człowiek skupia się bardziej na „tu i teraz”, bo ilość nowych bodźców, jakie go bombardują czasami nie pozwalają na głębszą refleksję. Jednak nie zawsze tak jest. Są miejsca, które nie dają o sobie zapomnieć, a będąc w nich nie można opędzić się od wielu myśli.

Zbliżający się wielkimi krokami Dzień Zmarłych skłania do refleksji nad doczesnością ludzkiej egzystencji i kruchością życia. Zazwyczaj podczas podróży, człowiek woli skupiać się na radosnych chwilach, pozytywnych przeżyciach. Lecz czy zawsze tak jest? Moim osobistym, jednym z większych i głębszych doświadczeń, było odwiedzenie Sarajewa – miasta, które jeszcze do niedawna było miejscem ludzki dramatów, nieszczęść i cierpienia. Teraz tętni życiem, a rany zadane w latach 90tych bardzo powoli się zabliźniają. Powoli, bo wciąż natknąć się można na liczne budynki ze śladami po kulach, a na chodnikach czy jezdniach dostrzec można „Sarajewskie róże„, oznaczające miejsca, w których po wybuchu pocisków zginęły przynajmniej trzy osoby. Jednak bardziej od róż, rzucają się w oczy białe cmentarze, ze strzelistymi nagrobkami, na których większość dat związanych jest z okresem oblężenia Sarajewa pomiędzy 1992 a 96 rokiem. To one robią dość przytłaczające wrażenie, a w szczególności ich ogrom i rozrzucenie po całym mieście. Można sobie zdać sprawę, jak wiele osób zginęło w trakcie tego najkrwawszego po II wojnie światowej oblężenia, jakie miało miejsce w Europie. Co więcej, człowiek sobie uświadamia, że był świadkiem tych strasznych wydarzeń. W 1992 roku miałam 5lat, ale pamiętam, że gdy w telewizji leciały wiadomości, rodzice zawsze wypraszali mnie z pokoju, gdy pojawiały się komunikaty dotyczące Sarajewa. Nawet dziennikarze prowadzący ten informacyjny program ostrzegali, że zdjęcia, które będą pokazywane, mogą być zbyt drastyczne dla najmłodszych widzów. Wtedy byłam zbyt mała, by w ogóle pojąć, czego jestem świadkiem (a raczej częściowym świadkiem). Wiedziałam jedynie, że dzieje się coś naprawdę złego, bo moi rodzice byli naprawdę przejęci. Minęły lata, wojna na Bałkanach się zakończyła, a ja mogę swobodnie podróżować po tej części Europy. Czy mogę ot tak odciąć się od historii tego regionu, zapomnieć o toczonych tam walkach, o ludziach, którzy zginęli? Na pewno nie. Co więcej, staram się zgłębić temat, dowiedzieć się jak najwięcej z książek czy starych artykułów, głównie po to, by pamięć o tych, którzy zginęli, nie umarła wraz z nimi.

Sarajewo cmentarz

Czytaj dalej

Pomysł na prezent – Atlas Gór Świata

Zaczął się gorący okres przedświątecznych zakupów, wybierania prezentów i zastanawiania się nad tym, co można komu dać. Ja najchętniej wręczyłabym każdemu po książce, niestety nie wszyscy z moich najbliższych lubią czytać, co wymusza na mnie sporą kreatywność. Jednak dominującą grupą są na szczęście dla mnie osoby, które lubią zagłębiać się w kolejne lektury.

Generalnie ten czas przed świętami jest o tyle dobry, że na rynku pojawia się sporo nowości, w tym wydawniczych. Dokładnie w listopadzie bieżącego roku, zaprzyjaźnione wydawnictwo ExpressMap wypuściło na rynek „Atlas Gór Świata”, który jest odpowiedzią na popularność „Atlasu Gór Polski”, istniejącego na rynku już od jakiegoś czasu.

AGS_okladka Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 7 – Długie dwa dni w Rile

8.09.2010 Poranek wśród gór jest dość rześki, lecz słoneczny. Zwijamy nasze obozowisko i schodzimy do schroniska Maljowica, gdzie przygotowujemy sobie śniadanie. Czas umila nam szczeniak, który należy do jednego z pracowników schroniska. Koło 10 wyruszamy na szlak.

Początkowo nasz szlak wznosi się dość stromo wśród kosodrzewiny, w kierunku jeziorek. Po drodze spotykamy Bułgarkę, która pyta się nas o dzisiejsze plany. Gdy mówimy, iż zmierzamy do Ribni Ezera, stwierdza, że daleka droga przed nami. Przy jeziorze Straszneto Ezero robimy postój na ponowne opatrzenie mojej nogi. A co mi się stało? Otóż moje ukochane Meindle po deszczowej kąpieli na „małych stożkach usypiskowych” w Pirynie nieco się zdeformowały od środka. W efekcie obtarły mi jedną nogę do żywego mięcha. Do tego wszystkiego, każdy opatrunek po kilku krokach zwijał się i noga uszkadzana była coraz bardziej. Generalnie, nic przyjemnego. Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 6 – Zielona Riła

Wpis ten ponownie dedykuję Tomaszowi oraz… morelkom 😉

7.09.10 Nocleg u Vasko miał wiele plusów, ale też jeden zasadniczy minus. Spałam na tapczanie, który miał sprężyny wielkości małych słoni, które zawodziły za każdym razem, gdy przekręcałam się z boku na bok. Efekt? Budziłam się zasadniczo co chwila, więc rano nie należałam do zbyt wypoczętych. Oboje z Tomaszem zwlekliśmy się koło 7, by pożegnać się z naszym gospodarzem, który jechał do pracy. My wychodzimy odrobinę później i klucze od domu zostawiamy pod wycieraczką.

Do Rilskiego Monastyru jedziemy w towarzystwie sporej grupy Bułgarów, a w sumie to głównie Bułgarek, które jak się za chwilę okaże, pracują w perełce tego regionu. Po podróży wijącą się drogą docieramy do celu. Ochów i Achów nie było końca, gdyż monastyr nie dość, że sam w sobie jest po prostu niesamowity, to jego położenie – tuż u podnóża gór Riła, zwala z nóg. Polecam zwiedzanie Rilskiego Monastyru z samego rana, gdyż panuje tam wtedy niesamowity wręcz spokój. Tego dnia byliśmy o tej wczesnej porze jedynymi turystami. Oprócz nas po dziedzińcu monastyru kręciło się paru pracowników, pop dźwigający jakieś butle oraz kilka, uroczych psiaków. Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 5 – pomiędzy Pirynem a Riłą

6.09.2010

Dzień, w którym zamieniamy Piryn na Riłę.

Jest poranek, a właściwie noc. Całej naszej czwórce dzwonią budziki. Wczoraj ustaliliśmy, że wstajemy na wschód słońca. Wyglądam jednak przez malutkie okienko naszego schronu i stwierdzam jedno: mleko, mgła, chmury. Ze wschodu słońca nici. Wszyscy, nieco zawiedzeni, idziemy spać dalej, gdyż nie mamy co fotografować.

Dopiero koło 8 chmury opuszczają piryńską  grań i odsłaniają się nam piękne widoki. W towarzystwie naszych nowych, bułgarskich przyjaciół jemy jeszcze śniadanie i dyskutujemy ponownie o górach leżących na granicy Czarnogóry i Albanii. Koło 9 żegnamy się z nimi i ruszamy w drogę do schroniska Jaworow. Jakże wspaniały przewodnik kolejny raz wprowadza nas w błąd, gdyż szlak nie wiedzie granią, lecz pięknie trawersuje strome zbocze. Powoli zastanawiamy się, co zrobić ze zbędnym, książkowym balastem. Tomek rozważa, czy nie przerobić przewodnika na papier toaletowy, jednak po chwili stwierdza, że to zły pomysł, bo kartki są za śliskie. Ognisk nie palimy, więc spalić się go też nie uda. Jednym słowem: bezsensu. Czytaj dalej

Mój pierwszy bałkański raz , czyli Bałkany 2010. Część 1

Dziś zabieram Was w podróż w czasie, do września 2010 – wtedy po raz pierwszy spotkałam się z Bałkanami. Uczestnikami tej wyprawy byli:  ruda, czyli ja oraz Tomasz czyli Tomasz Fryźlewicz (http://transkarpatia.pl/index.html). Generalnie cały wojaż powstawał wyjątkowo spontanicznie. Zacznę od tego, że zarówno ja, jak i Tomasz mieliśmy zupełnie inne plany na wrzesień, ale chcieliśmy wspólnie udać się na tydzień – dwa do Bułgarii. Tomasz w tamtym czasie planował zrobić Transalpejkę, ale problem z nogą sprawił, że wrócił z niej szybciej niż planował (swój plan zrealizował w 2011 roku: http://transkarpatia.pl/g_transa_alp.html). Ja też miałam jechać w Alpy, ale z różnych powodów wyjazd nie doszedł do skutku. I tak nastała połowa sierpnia, szłam sobie akurat ulicą Warszawską w Kielcach, dzwoni telefon.

Hej rude, słuchaj, może byśmy wcześniej pojechali na te Bałkany?? I może na dłużej? Moja noga miewa się lepiej, mam jeszcze urlop!

Nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią. W domu nastąpiło szybkie sprawdzanie połączeń Polska – Bułgaria, a już następnego dnia byłam w Krakowie i kupowałam wraz z Tomaszem bilety na autokar linii Ecolines Kraków – Sofia. Czytaj dalej