Psychodietetyk w podróży w warszawskiej restauracji Nesebar

Dziś mała, kulinarna przerwa od podróży po Bałkanach 2012. Jakiś czas temu, poszukując bałkańskich reatauracji w stolicy naszego pięknego kraju, natrafiłam na restaurację Nesebar. Nazwa lokalu nawiązuje do bułgarskiej miejscowości (która funkcjonuje pod nazwą Nesebyr) położonej nad Morzem Czarnym, na niewielkim półwyspie połączonym ze stałym lądem wąskim przesmykiem. Nesebyr został założony 3000 lat temu przez Traków, jednak większość budynków, jakie możemy tam podziwiać, pochodzą z XI – XIV wieku. Ci, którzy uwielbiają miasteczka z wąskimi, brukowanymi uliczkami, drewniano – murowane domy, klimatyczne placyki i tawerny oferujące bułgarskie przysmaki, koniecznie powinni wybrać się do Nesebyru, który wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO

Czytaj dalej

Pomysł na prezent – Atlas Gór Świata

Zaczął się gorący okres przedświątecznych zakupów, wybierania prezentów i zastanawiania się nad tym, co można komu dać. Ja najchętniej wręczyłabym każdemu po książce, niestety nie wszyscy z moich najbliższych lubią czytać, co wymusza na mnie sporą kreatywność. Jednak dominującą grupą są na szczęście dla mnie osoby, które lubią zagłębiać się w kolejne lektury.

Generalnie ten czas przed świętami jest o tyle dobry, że na rynku pojawia się sporo nowości, w tym wydawniczych. Dokładnie w listopadzie bieżącego roku, zaprzyjaźnione wydawnictwo ExpressMap wypuściło na rynek „Atlas Gór Świata”, który jest odpowiedzią na popularność „Atlasu Gór Polski”, istniejącego na rynku już od jakiegoś czasu.

AGS_okladka Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 8 – na szczycie Bałkanów

10.09.10 Godzin 6 rano – pobudka. Budzi nas przewodnik Francuzów, gdyż okazało się, że o 7 gospodarz musi zejść do cywilizacji i zamyka schronisko. Po szybkim śniadaniu i dopakowaniu rzeczy, zaglądamy do namiotu Bułgarek i odkupujemy od nich bilety na kolejkę z Jarząbca do Borowca. One wjechały nią na górę, ale zmieniły swoje trekkingowi plany i nie wracają tą samą drogą. Dzięki temu one nie straciły kasy, a my mamy bilet w kieszeni.

Po 7 wyruszamy na szlak. Plan był taki, aby szutrem dojść na przełęcz, z której wczoraj zgoniła nas burza. Okazało się jednak, że droga jaką obraliśmy, to czerwony szlak, który również wiedzie na Musałę, tyle że nieco na około. Ten przypadkowy wybór był jednak jak najbardziej trafiony. Osiem kilometrów trawersowania stromych zboczy, które gdyby nie burza musielibyśmy wczoraj zdobyć. Pogoda rano jest taka sobie – zimno, wieje i idziemy w dość gęstej chmurze. Dopiero gdy kończymy trawers, odsłaniają się widoki. Na przełęczy opuszczamy nasz czerwony szlak i za zielonymi znaczkami skręcamy w lewo ku Musale. Strasznie wieje, ale słońce przyświeca i widoki  są naprawdę zacne. Docieramy wreszcie do połączenia szlaku zielonego i czerwonego graniowego, który doprowadzi nas na najwyższy, bałkański szczyt. Na początku idzie się całkiem dobrze, gdyż trawersujemy szczyty mające po ok. 2700m n.p.m. Najgorsze podejście czeka nas na Musałę, którego widok towarzyszył nam już od jakiegoś czasu. Droga na szczyt wydaje się niepozorna. Tomek maszeruje dziarsko pod górę, a ja mam ochotę wyjść z siebie, stanąć obok i zacząć stepować na kamieniach. Idzie mi się gorzej niż źle, a droga wydaje się nie mieć końca. Praktycznie czołgając się, zdobywam Musałę. Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 5 – pomiędzy Pirynem a Riłą

6.09.2010

Dzień, w którym zamieniamy Piryn na Riłę.

Jest poranek, a właściwie noc. Całej naszej czwórce dzwonią budziki. Wczoraj ustaliliśmy, że wstajemy na wschód słońca. Wyglądam jednak przez malutkie okienko naszego schronu i stwierdzam jedno: mleko, mgła, chmury. Ze wschodu słońca nici. Wszyscy, nieco zawiedzeni, idziemy spać dalej, gdyż nie mamy co fotografować.

Dopiero koło 8 chmury opuszczają piryńską  grań i odsłaniają się nam piękne widoki. W towarzystwie naszych nowych, bułgarskich przyjaciół jemy jeszcze śniadanie i dyskutujemy ponownie o górach leżących na granicy Czarnogóry i Albanii. Koło 9 żegnamy się z nimi i ruszamy w drogę do schroniska Jaworow. Jakże wspaniały przewodnik kolejny raz wprowadza nas w błąd, gdyż szlak nie wiedzie granią, lecz pięknie trawersuje strome zbocze. Powoli zastanawiamy się, co zrobić ze zbędnym, książkowym balastem. Tomek rozważa, czy nie przerobić przewodnika na papier toaletowy, jednak po chwili stwierdza, że to zły pomysł, bo kartki są za śliskie. Ognisk nie palimy, więc spalić się go też nie uda. Jednym słowem: bezsensu. Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 4 – na grani Pirynu

5.09.10 Po ekscytującej nocy z „wędrownym szuraczem”, poranek jest dla mnie dość ciężki. Niestety do 9 trzeba opuścić pokój, a co za tym idzie łóżko. Stwierdzam, że świat jest zły i pakuję moje graty. Przenosimy się z Tomaszem do jadalni. Prognozy na dziś są mało obiecujące – przelotne opady deszczu. Do tego na zewnątrz utrzymują się mgły, więc nasza chęć do wychodzenia w góry jest minimalna. Postanawiamy, że jak dosuszymy nasze graty, to wyruszymy na szczyt Wichrenu. Schronisko powoli pustoszeje, dzięki czemu przy piecyku robi się więcej miejsca i możemy porozwieszać nasze mokre ciuchy. Tomka łapie gastrofaza i połowę czasu spędza konsumując kolejne potrawy. Kiedy tak siedzimy w jadalni medytując nad piecykiem, przychodzi dwójka Polaków. Sympatyczna rozmowa umila nam czas aż do 13, kiedy w końcu zbieramy się w trasę. Kierujemy się czerwonym szlakiem w stronę schroniska Jaworow. Początkowo szlak ten idzie równolegle do tego, który wiedzie na Wichren, później jednak odbija w prawo i trawersuje zbocze. Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 2 – początki w Pirynie

3.09.2010 Zawsze chciałam obchodzić urodziny w jakimś cudownym miejscu i moje marzenie się spełniło tego dnia. Poranek ukazuje nam piękno miejsca, w którym rozbiliśmy namiot. Widok na Rożeńskie Piramidy naprawdę robi wrażenie. W źródełku można zażyć ożywczej kąpieli, gdyż woda jest przyjemnie chłodna. Do tego na niebie nie ma ani jednej chmurki, a słońce zaczyna z lekka przypiekać. Podczas śniadania dostaję smsa z najmilszymi tego dnia życzeniami. Moja przyjaciółka nie dość, że życzyła mi wszystkiego dobrego, to jeszcze przesłała bardzo ważną wiadomość – otóż będąc na Rodos, jej ówczesny partner, a obecny mąż, oświadczył się jej. Bałkany jednak mają w sobie sporą dozę romantyczności.

Po zwinięciu obozowiska idziemy do Rożenu, który jest jeszcze mniejszy niż Melnik i ruszamy na szlak w stronę schroniska Piryn. Początkowo idziemy asfaltem, by po pewnym czasie odbić w prawo i podążać wzdłuż  koryta wyschniętego potoku. Robi się coraz cieplej, a plecak robi się coraz cięższy. Nasz szlak w końcu opuszcza piaszczyste dno potoku, by zacząć wspinać się lesistym zboczem. Mnie idzie się coraz gorzej, każdy krok to walka z samą sobą. Przeklinam fakt, że przez sporą część sierpnia mocno imprezowałam (Woodstock, wesele z ekipą z Woodstocku, jakaś Dymarkowa impreza).  Kiedy wychodzimy z lasu na szutrową drogę, ze zdziwieniem odkrywam, że z nosa leci mi krew. Ratuję się jakąś rozpuszczalną witaminą oraz wapnem i po dwudziestu minutach jestem gotowa do dalszego marszu. Tomasz trochę marudzi, że mogłabym o siebie bardziej zadbać i mniej imprezować przed wyjazdem. Było już odrobinę za późno na takie rady, więc po prostu nie miałam wyjścia i musiałam się szybko pozbierać. Czytaj dalej

Mój pierwszy bałkański raz , czyli Bałkany 2010. Część 1

Dziś zabieram Was w podróż w czasie, do września 2010 – wtedy po raz pierwszy spotkałam się z Bałkanami. Uczestnikami tej wyprawy byli:  ruda, czyli ja oraz Tomasz czyli Tomasz Fryźlewicz (http://transkarpatia.pl/index.html). Generalnie cały wojaż powstawał wyjątkowo spontanicznie. Zacznę od tego, że zarówno ja, jak i Tomasz mieliśmy zupełnie inne plany na wrzesień, ale chcieliśmy wspólnie udać się na tydzień – dwa do Bułgarii. Tomasz w tamtym czasie planował zrobić Transalpejkę, ale problem z nogą sprawił, że wrócił z niej szybciej niż planował (swój plan zrealizował w 2011 roku: http://transkarpatia.pl/g_transa_alp.html). Ja też miałam jechać w Alpy, ale z różnych powodów wyjazd nie doszedł do skutku. I tak nastała połowa sierpnia, szłam sobie akurat ulicą Warszawską w Kielcach, dzwoni telefon.

Hej rude, słuchaj, może byśmy wcześniej pojechali na te Bałkany?? I może na dłużej? Moja noga miewa się lepiej, mam jeszcze urlop!

Nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią. W domu nastąpiło szybkie sprawdzanie połączeń Polska – Bułgaria, a już następnego dnia byłam w Krakowie i kupowałam wraz z Tomaszem bilety na autokar linii Ecolines Kraków – Sofia. Czytaj dalej

Bałkany czyli o co tyle szumu? Część 3

Dziś przed ostatnia część naszego sprintu przez Bałkany. Tym razem trzy kraje, z czego dwa przez niektórych są zaliczane do Bałkanów, a przez niektórych niekoniecznie. Ja je włączam w poczet tego cudownego rejonu i nie będę się zbytnio zatrzymywać nad kwestiami historyczno – geograficznymi. Tu już przestaję zachowywać kolejność alfabetyczną.

S jak Serbia – czyli dla wielu podróżników kraj tranzytowy, pozwalający sprawnie i bez większych komplikacji  (no chyba, że natrafimy na gigantyczne kolejki na granicach) dotrzeć do Grecji. Jednak Serbia to nie tylko tranzyt, ale główny producent żywności dla niemalże całych Bałkanów. W Czarnogórze czy Chorwacji większość produktów ma napis „made in Serbia”, dlatego jadąc przez nią towarzyszą nam ogromne połacie pól uprawnych. Serbia ma jednak do zaoferowania znacznie więcej, niż tylko drogi i jedzenie. W tym roku, poza znanym i cenionym Festiwalem Trąbek, odbywało się kilkanaście festiwali muzycznych na naprawdę wysokim poziomie. Jak na kraj bałkański przystało, znajdziemy tam sporo rzek, pięknych głębokich dolin i miejsc historycznych.

Dla kogo Serbia? Z pewnością dla tych, którzy planują wycieczki objazdowe lub dłuższe trekkingi. Z racji braku dostępu do morza, Serbia jest raczej krajem dla osób bardziej mobilnych i lubiących coś więcej, niż „plażing i smażing”.

Ceny – podobne jak w Polsce, ale według mnie produkty spożywcze są tam nieco tańsze niż u nas.

Pogoda – klimat typowo kontynentalny, jednak temperatury w lecie będą tam zawsze wyższe niż w Polsce. Zimy mają też łagodniejsze, ale im wyżej dotrzemy tym będzie chłodniej, a zimy dłuższe i bardziej srogie.

Jedzenie – podobne jak w Czarnogórze czy Chorwacji, ale tańsze.

Zakupy – sklepów jest pod dostatkiem i w tych większych nie ma problemu z płatnością kartą. Pamiątki i prezenty można zakupić  w każdej turystycznej lokalizacji do jakiej trafimy.

SONY DSC

B jak Bułgaria – czyli kraina winem i miodem płynąca. O Bułgarii ciężko napisać tylko kilka zdań, gdyż jest to duży kraj o urozmaiconych walorach. Ale jedno jest pewne – wina produkują tam dużo, a każdy kto mnie zna wie, że Kadarka to chyba mój ulubiony alkohol. Bułgaria to przepiękne góry, Dolina Róż oraz Złote Piaski, czyli ulubiony kurort Polaków od czasów, gdy organizowane tam były wczasy pracownicze. Kraj, który ma morze i góry, daje zawsze nieco więcej kompromisów dla ewentualnych kłótni o wybór miejsca na wakacje.

Dla kogo Bułgaria? Zasadniczo dla wszystkich. Ma na tyle dużo do zaoferowania, że zarówno leniwce jak i aktywiści nie będą się tam nudzić. Ważne jest to, że cały czas rozbudowują tam sieć autostrad, dzięki czemu podróżowanie będzie szybsze i sprawniejsze.

Ceny – dość zbliżone do naszych.

Pogoda – nad morzem klimat będzie łagodniejszy niż w centrum kraju, gdzie dominuje klimat bardziej kontynentalny. Znów należy pamiętać, że w terenach górskich musimy  mieć zawsze nieco cieplejszy zestaw ubrań (no chyba, że jesteśmy w środku lata w Piramidach Melnickich, wtedy lepiej mieć na sobie mniej, niż więcej).

Jedzenie – oczywiście flagową, bułgarską potrawą jest Szopska Sałatka oraz omlet ze słonym serem. Ja tym zestawem żywiłam się przez tydzień, jaki spędziłam w Bułgarii i szczerze mówiąc pewnie i przez miesiąc mogłabym tak jeść. W Bułgarii do wszystkiego podają pieczywo, ale nie typowy chleb jak u nas, a coś bardziej bułkowatego. Oczywiście jak na prawdziwy kraj bałkański przystało, piekarnie są u nich rajem na ziemi a i ceny nas w tym raju nie dobiją.

Zakupy – sklepów jest wszędzie sporo. Ciekawe jest to, że podróbki markowych produktów (np. coli) bywają droższe od oryginałów. Nie wiem od czego to zależy, ale tak rzeczywiście się zdarzało. Po najlepsze pamiątki zapraszam do Melnika (nie, nie dostaję procenta od sprzedaży, a szkoda…). Dostaniecie tam pyszne wino oraz dżemy z poziomek, miody wszelkiej maści i inne pyszności. Eh rozmarzyłam się…

SONY DSC

R jak Rumunia – to przede wszystkim góry, które przez Polaków są znane, cenione i bardzo często odwiedzane. Rumunia to jednak też stereotypy, które w Polsce nadal są żywe i powtarzana dość często. Rumun to na pewno złodziej, a Rumunka to prostytutka. Ok…można się na te dwa typy w Polsce natknąć, ale biorąc pod uwagę wielkość samej Rumunii, to należy wyjść poza obręb naszego wąskiego postrzegania. Według mnie Rumunia to kraj rozwijający się, czerpiący ze swego potencjału i tego, co daje mu Unia Europejska. Drogi mają coraz lepsze, choć nadal „pędzą” po nich wozy drabiniaste mające swoje własne tablice rejestracyjne. Rumunia jest piękna, momentami dzika i dziewicza i jej dużym plusem jest to, że z Polski mamy do niej bliżej niż do Bułgarii, Chorwacji czy Albanii. Posiada góry, morze i deltę Dunaju, będącą ostoją dzikiej zwierzyny, głównie ptaków.

Dla kogo Rumunia? Raczej dla aktywnych, lubiących sporo chodzić po górach lub jeździć po bardziej pofałdowanym terenie na rowerze. Oczywiście fani kurortów również znajdą tam dla siebie coś odpowiedniego, jednak jakoś ciężko mi jest wyobrazić sobie, że na cel podróży obraliby właśnie Rumunię. Ale może teraz to ja myślę stereotypowo.

Ceny – zbliżone do polskich, czasem w sklepach może być jednak taniej niż u nas.

Pogoda – w górach wiadomo, nad morzem łagodniej.

Jedzenie – zarówno dla wegetarian jak i mięsożerców znajdzie się tam coś miłego. Choć mnie Rumunia kojarzy się głównie z pysznymi serami.

Zakupy – supermarketów mają równie dużo jak u nas. Pamiątki w turystycznych punktach mogą osiągać całkiem spore ceny, ale jak dobrze poszukać, to można wyłapać co ciekawsze rzeczy, które nie ogołocą naszych kont i portfeli.

SONY DSC