Bałkany 2010. Część 14 – jeden dzień w Biogradskiej Gorze

 18.09.10 Po krótkiej przerwie na Tatry, wracamy znów na Bałkany. Tym razem zapraszam na jeden dzień w Biogradskiej Gorze.

Całą noc wiało niemiłosiernie, a ranek nie jest wcale lepszy. Na szczęście nie pada.  Jemy śniadanie, pakujemy się i ruszamy w drogę. Najpierw maszerujemy 2km do Pesica Jezero. Po drodze mijamy  osadę pasterską. Przyczepia się tam do nas jakiś wyjątkowo irytujący pies, który lezie za nami przez dłuższy czas i donośnie szczeka. Nadal jest chłodno i wieje. Wokół panuje jesień, nie tylko pogodowa, ale i kolorystyczna.

Jesiennie

Biogradska Gora 1 Czytaj dalej

Reklamy

Bałkany 2010. Część 13 – pożegnanie z Prokletije

17.09.10 Kolejny, bezchmurny i piękny poranek. Oczywiście dolina skąpana jest rosą, a w namiocie poziom wilgotności zaczął dobijać do 100%. Dziś mamy niespieszny dzień, gdyż musimy pozałatwiać kilka spraw przed udaniem się w rejon Maje e Jezerces.

Koło 10 do dna doliny dociera słońce, dzięki czemu możemy wysuszyć nasze graty. Z naszego namiotu „dymi się”, gdy ciepłe promienie słońca odparowują z niego wodę. Po 11 jesteśmy zwarci i gotowi do drogi. Żegnamy się z przesympatyczną ekipą Eko Katunu Grbaje i ruszamy do Gusanje.

Suszarnia

W Eko Katunie Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 10 – znad morza w góry Prokletije

13.09.10 Wstajemy skoro świt, opuszczamy kwaterę i idziemy do jakiegoś monastyru, o którym przeczytał gdzieś Tomasz. Niestety nie udaje nam się znaleźć celu wędrówki. Idziemy zatem do Autobusovej Stanicy, by złapać autobus do Budvy. Gdy tam docieramy widzimy, jak Czech, który poprzedniego dnia mignął nam przy kotorskiej starówce, zatrzymuje jakiś autokar. Skąd wiedzieliśmy, że to Czech? Miał przypiętą do plecaka małą, czeską flagę. Wracając do dworcowej scenki rodzajowej. Okazuje się, że nam również pasuje złapany przez Czecha autobus i  wsiadamy do niego.

Jedziemy do Budvy, położonej nad samym Adriatykiem, a nie jak Kotor nad zatoką. Będąc już na miejscu, usiłujemy w informacji turystycznej położonej na dworcu autobusowym, zdobyć jakąś mapkę miasta i okolicy. Niestety nic takiego tam nie mają. Informatory zawierają jedynie spis restauracji i hoteli. Samo miasto zwiedzamy krótko – zaglądamy na urokliwe, maleńkie stare miasto z wąskimi uliczkami. Niestety sightseeing z ciężkimi worami nie należy do najwygodniejszych i najprzyjemniejszych. W szczególności, że po za starówką w Budvie w sumie nie ma nic ciekawego, gdyż jest to typowy, spory ośrodek turystyczny, nastawiony na plażowiczów i imprezowiczów.

Klimatyczna starówka w Budvie

SONY DSC
Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 9 -pożegnanie z Bułgarią, powitanie z Czarnogórą

11.09.10 Ostatni dzień w Bułgarii

Wstajemy skoro świt, bo już o 6 rano i szybkim marszem udajemy się na dworzec autobusowy. Znajduje się tam sklepik z przepysznym pieczywem, gdzie są znaleźć można przepyszne burki ze słonym, bałkańskim serem. Smakują wyśmienicie, również za sprawą sympatycznej, starszej pani sprzedawczyni.

O 7:30 siedzimy w autobusie do Sofii. Niestety zamiast na Central Station lądujemy na jakimś kompletnym zadupiu, jakieś 7km od naszego celu. Koniec końców łapiemy taksówkę i za 10levów dojeżdżamy do właściwego miejsca. Taksówkarz chwali się nam po drodze, że zna polski i usiłuje wymówić „Grzegorz Brzęczyszczykiewicz”, co muszę przyznać, udało mu się naprawdę nieźle.

Na głównym dworcu, w informacji, dowiadujemy się, gdzie możemy złapać autobus do Czarnogóry. Tuż obok znajduje się po prostu dworzec międzynarodowy, z licznymi biurami oferującymi przejazdy na różnych trasach. Odnajdujemy tę, która oferuje bilety do stolicy Czarnogóry – Podgoricy, niestety z przesiadką w Nishu (Serbia). Cena biletów to 90levów od osoby. Czytaj dalej

Bałkany 2010. Część 8 – na szczycie Bałkanów

10.09.10 Godzin 6 rano – pobudka. Budzi nas przewodnik Francuzów, gdyż okazało się, że o 7 gospodarz musi zejść do cywilizacji i zamyka schronisko. Po szybkim śniadaniu i dopakowaniu rzeczy, zaglądamy do namiotu Bułgarek i odkupujemy od nich bilety na kolejkę z Jarząbca do Borowca. One wjechały nią na górę, ale zmieniły swoje trekkingowi plany i nie wracają tą samą drogą. Dzięki temu one nie straciły kasy, a my mamy bilet w kieszeni.

Po 7 wyruszamy na szlak. Plan był taki, aby szutrem dojść na przełęcz, z której wczoraj zgoniła nas burza. Okazało się jednak, że droga jaką obraliśmy, to czerwony szlak, który również wiedzie na Musałę, tyle że nieco na około. Ten przypadkowy wybór był jednak jak najbardziej trafiony. Osiem kilometrów trawersowania stromych zboczy, które gdyby nie burza musielibyśmy wczoraj zdobyć. Pogoda rano jest taka sobie – zimno, wieje i idziemy w dość gęstej chmurze. Dopiero gdy kończymy trawers, odsłaniają się widoki. Na przełęczy opuszczamy nasz czerwony szlak i za zielonymi znaczkami skręcamy w lewo ku Musale. Strasznie wieje, ale słońce przyświeca i widoki  są naprawdę zacne. Docieramy wreszcie do połączenia szlaku zielonego i czerwonego graniowego, który doprowadzi nas na najwyższy, bałkański szczyt. Na początku idzie się całkiem dobrze, gdyż trawersujemy szczyty mające po ok. 2700m n.p.m. Najgorsze podejście czeka nas na Musałę, którego widok towarzyszył nam już od jakiegoś czasu. Droga na szczyt wydaje się niepozorna. Tomek maszeruje dziarsko pod górę, a ja mam ochotę wyjść z siebie, stanąć obok i zacząć stepować na kamieniach. Idzie mi się gorzej niż źle, a droga wydaje się nie mieć końca. Praktycznie czołgając się, zdobywam Musałę. Czytaj dalej