Bałkany 2014. Część 7 – Tirana, Petrele i problemy z Kianką

15 sierpień 2014 Do wnętrza kraju

Film, zamieszczony w tydzień temu podsumowywał etap górski naszej wyprawy, lecz bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że podsumowuje trekkingowy etap wyprawy. Bo bycie w Albanii, niezależnie od jej regionu, wiąże się z przebywaniem w górach. One są wszędzie, również na wybrzeżu, więc zasadniczo towarzyszyły nam przez całe dwa tygodnie. To tak gwoli wyjaśnienia. Teraz przejdźmy do wspomnień…

Pobudka koło 6 i pakowanie w pośpiechu spowodowane paniką zasianą przez Marka, że chmura, która nad nami wisi, na pewno przyniosą opady. Chmura owszem jest, potwierdzam, ale niebyt groźna, bo po paru minutach znika. Obładowani jak wielbłądy naszym dobytkiem schodzimy do Kianki, jednocześnie żegnając się z gościnną doliną potoku Radomire. Po dotarciu do auta, pozbywamy się w jego wnętrzu gratów i analizujemy raz jeszcze opcje dotarcia do Tirany. Pozostajemy jednak przy wczorajszych ustaleniach, aby cofnąć się do Kukes i stamtąd pojechać autostradą. Mimo nadrabiania kilometrów ta opcja wydaje się być najszybszą.

Żegnamy się z Radomire, z krowami, które ciągną ku górskim pastwiskom; z muzykami, którzy maszerują dziarsko na wesele (tak, na to samo, które trwa od soboty); z ogromnymi wapiennymi skałami, które doskonale widać z drogi dojazdowej do tej górskiej miejscowości u stóp Maja e Korabit. Dobrze nam tu było, będziemy Radomire, jak i otaczające je góry dobrze wspominać i nieść w świat pozytywny przekaz na temat tego miejsca.

Poranek w Radomire

Radomire poranek

Wapienne skały górujące nad drogą do Radomire

Radomire wapienne skały

Znaną nam już drogą szybko docieramy do Kukes. Tym razem nie trwa tam sjesta i miasto zaczyna tętnić porannym życiem. Decydujemy się zjeść tam śniadanie. Marek pochłania hot doga oraz burka (dodam tylko, że na pierwsze z dań składa się wielka, pszenna buła, okazała parówka, spora ilość warzyw i frytki). Ja posilam się burkiem i zimnym ajranem, który stanowi idealne uzupełnienie mojego albańskiego śniadania. Chwilę gawędzimy również z panem, który przygotowywał dla nas jedzenie w lokalnym fast foodzie. O dziwo wszystkie fast foody w okolicy mają znacznie bogatszą i ciekawszą ofertę niż te, które możemy znaleźć w Polsce. Miejscowi również chętnie się w nich stołują, a rano można by rzec, że ciągną do nich tłumy. Najedzeni opuszczamy Kukes i wjeżdżamy na autostradę. Tam zauważamy, że Kianka wydaje z siebie jakieś dziwne, buczące, dotąd nieznane nam dźwięki. Zatrzymujemy się nawet na stacji benzynowej, by szybko i powierzchownie sprawdzić, czy coś nam się nie przyczepiło lub poluzowało, ale nic takiego nie stwierdzamy. Dalej przejeżdżamy przez prawie 6kilometrowy tunel (miał dokładnie 5800m). I tu mała uwaga. Często spotykam się na innych blogach/portalach/stronach z opinią, iż wszystkie drogi w Albanii są fatalne, złe, niebezpieczne, a jeżdżenie po nich może skutkować trwałym uszczerbku na zdrowiu, dlatego przed użyciem, należy skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Jednak osoby tworzące tego typu opisy zazwyczaj omijają szerokim łukiem informacje o tym, że w Albanii buduje się drogi na potęgę oraz, że kraj ten ma w kwestii dróg jeden, zasadniczy problem – góry. Zastanówmy się, jak wyglądają niektóre, górskie drogi w Polsce. Czy są w super stanie, są szerokie, nie mają dziur itd.? Na pewno tylko część z nich spełnia standardy wygody, reszta jest wąska, kręta a asfalt niszczony jest przez spływająca wodę lub zalegający śnieg. Podobnie dzieje się na albańskich drogach, a ponieważ większość kraju to góry, to nie można wymagać, iż wszystkie będą wyglądały nie wiadomo jak. A wracając do opisywanej przeze mnie autostrady. Jej budowa kosztowała ok. 1mld dolarów i choć rząd Albanii wyłożył część z tej sumy, to jednak powstała w dużej mierze dzięki amerykańskim i europejskim środkom. Docelowo ma połączyć Tiranę z przejściem granicznym Morine (Kosowo). Powstała bardzo szybko, mimo trudnych, górskich warunków. Sam tunel początkowo miał pecha, gdyż chwilę po otwarciu zawalił się, a jego naprawa potrwała kilka miesięcy. Na szczęście, gdy my przez niego przejeżdżamy, nie dzieje się nic złego 😉

Autostrada jednak nie trwa wiecznie i po pewnym czasie się urywa, a droga staje się jednopasmowa. Jest dość tłoczno i po wjechaniu na trasę łączącą Shkodrę z Tiraną natrafiamy na spory korek, mniej więcej na wysokości Kruji. Dalszy przejazd przez Tiranę jest jak zwykle mocno chaotyczny, a na tamtejszych ulicach dzieje się naprawdę dużo. Naszym celem jest nie sama Tirana, a górujące nad nią wzgórze Dajti, na które poprowadzona jest jedyna w Albanii kolej gondolowa. Aby tam dotrzeć, z pl. Skanderberga należy skręcić w ulicę Guraquki, a następnie podążać ulicami Hoxa Tahsim i Xhanfize Keko. Po pewnym czasie pojawiają się strzałki na Dajti Express (w centrum ich nie uświadczycie). Gdy docieramy do dzielnicy Kinostudio (nowa, świeżo zabudowująca się dzielnica Tirany), rozpoczynamy przedzieranie się przez wąskie, pełne aut uliczki, na których asfalt stanowi jakiś nikły procent. Po pewnym czasie docieramy pod zabudowania dolnej stacji kolejki. Już z parkingu (darmowego) możemy podziwiać częściowy widok na miasto, pełne nowych niezbyt wysokich bloków mieszkalnych, które w tej okolicy wyrastają jak grzyby po deszczu.

Droga dojazdowa do Dajti Express

Kinostudio

Maszerujemy do dolnej stacji i jakież jest nasze niemiłe zaskoczenie, gdy odkrywamy, iż bilety kosztują 800leków od osoby, a nie 500, jak to twierdził nasz przewodnik Rewasza, wydany w zeszłym roku. Cóż, jak widać ceny w Albanii mogą się szybko dezaktualizować. Mimo wszystko decydujemy się wjechać na górę, choć warto dodać, że kolej nie wiedzie na sam szczyt Dajti. Częściowo, na samym jej wierzchołku znajdują się nadal zabudowania wojskowe i fragment jej terenu nie jest udostępniony turystom. Kiedy przekraczamy brami, zostajemy upchnięci do gondoli z dwoma Włochami oraz mamą z synem. Albanka chyba nie lubiła wysokości i/lub zamkniętych przestrzeni, gdyż całą drogę na górę ściska moje kolano. Dodatkowo w gondolce panuje iście tropikalna temperatura, która potęguje u kobiety duszności. Włosi również zaczynają marudzić, że jest im za gorąco, niestety nic na to poradzić się nie da. Chwilę nawet rozmawiamy z naszymi włoskimi towarzyszami upalnej niedoli i gdy dowiadują się, że jesteśmy z Polski, zaczynają rozmawiać ze sobą po włosku na temat naszego kraju. Choć nie znam praktycznie w ogóle ich rodzimego języka, to z ich wywodów wywnioskowałam, że dyskutowali na temat tego, czy w Polsce są jakieś góry. Jeden nawet doznał olśnienia i stwierdził, że są u nas góry o nazwie Tara. Blisko, ale Tara to jednak jest w Czarnogórze i nie jest pasmem górskim, a rzeką… Uznałam jednak, że wspólna jazda gondolą nie obliguje mnie do edukowania kogokolwiek.

Kolej gondolowa

Dajti Express

Górna stacja kolejki nie przypomina tych znanych nam choćby z Polski. Gondolki wjeżdżają do… ogrodu. Tuż poniżej budynku stacji znajduje się zadbany, ukwiecony teren, są przycięte trawniczki i kolorowe ławki przy punkcie widokowym. Nie jest to coś, czego można by się w sumie spodziewać w Albanii. Do budynku stacji przylega dodatkowo hotel z obrotową restauracją, z której można podziwiać pejzaż w dole. Jeśli chodzi o widoki, to zarówno z samej kolejki, jak i z jej górnej stacji rozciąga się rozległa panorama Tirany i jej okolic. Niestety wszystko zasnute jest mgiełką, która nieco psuje odbiór rzeczywistości. Niemniej jednak z Dajti można zobaczyć, jak albańska stolica jest ogromna i jak silnie się rozbudowuje. Stwierdzamy również, że warto na górę wjechać w nocy, by zobaczyć rozświetlone miasto w dole (kolejka jest czynna od 9 do 22).

Dajti Express vel ogród

Dajti Express

Punkt widokowy

Dajti Express

Tirana – białe miasto

Tirana

Kiedy już mamy obfotografowane różne warianty widokowe, postanawiamy zdobyć szczyt Dajti. Gdy tylko opuszczamy teren kolejki, wracamy na typowo albańską ziemię, gdzie panuje typowy dla tego kraju „pierdolnik”. Wzdłuż asfaltowej drogi wiodącej w stronę opuszczonego, zrujnowanego hotelu, stoją prowizoryczne budki z jedzeniem, są też atrakcje dla dzieci, jak choćby przejażdżka na koniku/kucyku (stąd też wszystko wokół jest obsrane przez te zwierzaki, więc należy patrzeć pod nogi) czy strzelanie do puszek i pojemników po keczupie. Oczywiście wszędzie walają się śmieci, wśród których o dziwo piknikuje kilka albańskich rodzin. Po przebrnięciu przez ten typowy dla tego kraju chaos nawet mamy jeszcze ochotę wejść na szczyt Dajti (szlaki w tym regionie są całkiem nieźle opisane, jest też mapa pozwalająca zaplanować wycieczkę. Znajduje się przed ruinami hotelu), jednak na szczęście dla nas rezygnujemy z tego pomysłu. Dlaczego na szczęście? Bo nad okoliczne pasmo nadciągnęły chmury, które tak czy inaczej przesłoniłyby nam na górze widok. Zresztą czas zaczynał nas powoli gonić, więc postanawiamy wyruszyć w drogę powrotną na dół. Tym razem jednak czekamy na moment, by wsiąść do gondoli bez dodatkowego towarzystwa. Generalnie zaczęło strasznie wiać, przez co w gondolce robi się jakoś tak mało komfortowo. Jadąc w dół obserwujemy, jak chmury schodzą praktycznie do samej, górnej stacji, co tylko utwierdza nas w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji.

Przed ruinami hotelu

Dajti

Niezbyt ogarnięte otoczenie Dajti Express

Dajti Express

Mapa okolicy (generalnie jest tam co robić)

mapa

Po dotarciu do Kianki wyruszamy do TEGu, czyli jedynego w Albanii centrum handlowego, położonego na obrzeżach Tirany, w kierunku na Elbasan. Cel jest prosty – zakupy głównie prezentowe. Udajemy się zatem do Carrefoura, gdzie już na wejściu natrafiamy na bardzo dobrą promocję – 3 puszki piwa Tirana w cenie 200lek. Oczywiście bierzemy spory zapas puszek, a oprócz tego zaopatrujemy się w wina, przyprawy, figowe powidła, które są moją osobistą miłością oraz parę innych drobiazgów. Jak to z zakupami bywa, troszkę się przeciągnęły w czasie, na szczęście nie jakoś silnie dramatycznie.

Naszym kolejnym punktem zwiedzania, jest położony przy drodze do Elbasanu zamek Petrele. Aby tam dotrzeć należy wykazać się czujnością, gdyż z głównej drogi nie prowadzi w stronę miejscowości i zamku Petrele żaden drogowskaz. Owszem, twierdzę widać z trasy, jednak najlepiej posiłkować się mapą, by trafić w odpowiedni zjazd. Asfalt prowadzący na górę jest świeży i bardzo kręty. Po dojechaniu do centrum miejscowości można pozostawić auto na bardzo widokowym, nowym parkingu, będącym też placem, przy którym znajdują się jakieś dwie knajpki ze stolikami. Stamtąd, świeżo wyremontowaną i oznakowaną ścieżką, w jakieś max. 10min można dotrzeć do zamku.

Kianka na parkingu w Petrele

Petrele parking

Jeśli o nim mowa, to powstał on na ruinach dawnej warowni iliryjskiej, a jego głównym celem było strzeżenie szlaku handlowego przez góry do Elbasanu. Najważniejsze jest jednak to, że za czasów Skanderberga zamkiem i stacjonującą w nim załogą rządziła jego siostra Mamica. Później zamek oczywiście przeszedł w ręce tureckie. Obecnie  jest w pełni otwarty dla zwiedzających, gdyż znajduje się w nim restauracja.

Kiedy docieramy do stóp zamku akurat trwa sesja ślubna młodej pary. Trzeba przyznać, że wybrali sobie bardzo fotogeniczne miejsce. Sama budowla jest zapewne świeżo wyremontowana i robi naprawdę niezłe wrażenie. We wnętrzu częściowych ruin ulokowana jest wspomniana wcześniej restauracja. Większość stolików znajduje się „po chmurką”, kilka ustawiono w pięknej baszcie. Wszystko przyozdabiają cudne, kolorowe rośliny, więc całość tworzy sielankowy klimat. Niestety dla nas, nie udaje nam się zamówić tam posiłku, choć zapragnęliśmy zjeść w ten uroczej scenerii obiad. Trafiamy na wyjątkowo nieogarniętego kelnera (dodajmy też niezbyt miłego), który stwierdza, że zasadniczo nie ma nic do jedzenia oprócz kurczaka. Było to o tyle dziwne, że przy innych stolikach siedzieli klienci i jedli potrawy, które niekoniecznie wyglądały na kurę. No trudno. Zamek, choć piękny okazał się dodatkowo podwójnie pechowy, gdyż nie udało nam się znaleźć ulokowanego tam kesza. Bo to w sumie dzięki geocachingowi natrafiliśmy na informacje dotyczące Petrele.

Drzewo oliwne przy ścieżce na zamek

drzewo oliwne Petrele

Zamek Petrele

Petrele

Na zamku

Petrele

Widoki na okolicę

Petrele

ruda Petrele

Marek Petrele

Petrele

Po przekalkulowaniu trasy dojazdowej do Beratu, postanawiamy jeszcze tego dnia dojechać do campingu położonego 10km od niego. Jedziemy zatem nową, super szybką trasą do Elbasanu (tunel plus wiadukty). Jeszcze w 2012 roku droga ta nie była udostępniona i z Elbasanu do Tirany jechało się silnie górską drogą, która choć widokowa, niemiłosiernie się dłużyła. W międzyczasie okazuje się, że Kianka znów wydaje z siebie coraz głośniejsze i coraz bardziej niepokojące nas dźwięki. Kawałek za Elbasanem Marek zjeżdża na opuszczoną stację benzynową, która jest na „shitet”, czyli na sprzedaż. Sprawdzamy, a raczej Marek sprawdza po kolei wszystkie koła, zdejmując jedno po drugim, lecz nie zauważa niczego podejrzanego. Ruszamy więc w dalszą drogę nasłuchując, czy nasze auto znów zaczyna buczeć.

Nowsza, krótsza wersja drogi do Elbasanu

droga do Elbasanu

Wybieramy nieco dłuższą drogę do Ura Vajgurore, gdzie ma znajdować się Caravan Camping. Okazuje się, że jazda przez Peqin i Lushnje wcale nie jest takim super rozwiązaniem, gdyż droga na strasie Lushnje – Berat jest w przebudowie lub generalnym remoncie, w efekcie asfalt w ogóle nie występuje. Na camping trafiamy bez większego problemu, gdyż przy drodze znajduje się sporo drogowskazów kierujących na niego. Sam camping jest „mocno na wypasie”. W jego centrum znajduje się spory, biały budynek, który mieści m.in. łazienki i kuchnię. Wokół niego są trawiaste placyki dla camperów lub namiotów. Oczywiście na miejscu spotykamy dwie ekipy z Polski, co podobno jest tamtejszą normą. Właścicielka campingu jest bardzo sympatyczna, gadatliwa (świetnie mówi po angielsku) i to od niej dowiaduję się, że nasi rodacy przez większość wakacji są najczęściej pojawiającą się u niej narodowością. Oprócz tego opowiada mi, że do 20 sierpnia zawsze w Albanii panują najwyższe temperatury, a po tej dacie robi się już nieco chłodniej. Koszt noclegu to 5EUR od osoby.

Cena ceną, ale na campingu wreszcie możemy się wykapać, podładować wszystkie nasze sprzęty elektroniczne oraz połączyć się ze światem przy pomocy laptopa i napisać coś na blogu. Marek też chwilę rozmawia z jednym z Plaków. Ekipa wcześniej była w Ksamilu, który również jest naszym tegorocznym celem, gdzie również znajduje się Caravan Camping, tyle że prowadzony przez brata właścicielki z Ura Vajgurore.

Reklamy

16 uwag do wpisu “Bałkany 2014. Część 7 – Tirana, Petrele i problemy z Kianką

    • Albania jest bardzo bezpieczna i jeśli chodzi o jakiekolwiek zagrożenie, to jest ono takie samo, jak wszędzie indziej. Żebraków w Albanii praktycznie nie ma, wyjątkiem może być Tirana, gdzie dzieciaki „polują” na turystów, ale głównie tych ze zorganizowanych wycieczek. Albania nie jest super bogata, ale dość szybko się wzbogaca dzięki napływowi turystów. Dla mnie akurat ten bałkański kraj jest jednym z ciekawszych, najbliższych memu sercu i najbardziej kontrastowych państw. Jedno jest pewne – nie można się tam nudzić 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s