Bałkany 2014. Część 6 – wejście na Maja e Korabit (Golem Korab)

14 sierpień 2014 Czyli o zdobywaniu najwyższego szczytu Albanii i Macedonii

Skoro świt wypełzamy z namiotu na światło dzienne i bez zbędnych wymówek szykujemy śniadanie. Po posiłku schodzimy do Kianki, by zabrać z niej rzeczy potrzebne nam na całodzienny trekking. Około 7:40 wyruszamy w drogę. Na Maja e Korabit prowadzą dwa szlaki:

czerwono – biało – czerwony (CBC); czas przejścia to ok.7.30h w jedną stronę; wiedzie od wschodniej strony, przez dolinę Fusha Korabit oraz Kocioł Panair;

– czerwono – żółto – czerwony (CŻC); czas przejścia to ok. 5h w jedną stronę; wiedzie na szczyt od zachodu;

Oba wyznakowane zostały przez PKA, czyli Polski Klub Alpejski. Na szczęście nie bazowaliśmy jedynie na radosnej twórczości znakarskiej naszej rodaków, ale również na tracku z WikiLoc. Zarówno on, jak i osoby, z którymi rozmawialiśmy na temat zdobywania tego szczytu, twierdzili, że tylko szlak CBC jest dobry do podejścia, jak i zejścia i żebyśmy nie kombinowali inaczej. Od czego jednak ma się swój własny rozum?

Początkowo oba szlaki biegną razem, przez dolinę potoku Radomire. Na tym etapie pojawiają się tylko znaczki szlaku CŻC. Kilkakrotnie trzeba przekraczać dość zebrane jak na sierpień potoczki, lecz po ok. 30min marszu wkracza się na szeroką, szutrową drogę. Tam, według przewodnika, miał znajdować się drogowskaz wskazujący rozejście szlaków. Oczywiście niczego takiego nie znaleźliśmy. Posiadany przez nas track z WikiLoc odchodził bardziej w lewo, więc założyliśmy, że podążał szlakiem CBC. CŻC szedł bardziej w prawo i to nim postanowiliśmy dalej iść. Dlaczego? Przede wszystkim uznałam, że wolę podchodzić krótszą drogą, a schodzić dłuższą. Również nasz przewodnik zalecał podchodzenie żółtym, a schodzenie białym szlakiem. Postanowiliśmy mu zaufać, z nadzieją, że autor części górskiej przewodnika, zrobił w nim mniej błędów.

No to wyruszamy! Jest OK, ale słońce troszkę razi 🙂

Radomire

Podążamy zatem szlakiem CŻC. Najpierw musimy ominąć pasterskie zabudowania, z których na nasz widok wybiegają trzy gigantyczne psy. Ujadają, szczerzą białe kły i nie wyglądają na zbyt przyjazne. Kiedy nas okrążają, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Na szczęście pojawia się pasterz, który zaczyna wrzeszczeć i walić kijem w blaszany daszek jednego z pasterskich zabudowań. To ostudza nieco agresywne zapędy psów, które chwile się na nas gapią, po czym wracają do swego właściciela. Żwawym marszem oddalamy się z tego miejsca i podążamy wzdłuż potoku. Idziemy pod słońce, w efekcie nie zawsze dostrzegamy oznakowania szlaku. Skutkuje to tym, że schodzimy z wyznakowanej ścieżki, lecz na szczęście szybko wracamy na właściwe tory. CŻC wznosi się dość łagodnie do góry, dzięki czemu w równym tempie zdobywa się wysokość. Niestety PKA wyznakowało szlak w taki sposób, że w końcu kompletnie go gubimy. Znajdujemy się na niewielkim wzniesieniu, skąd dość dobrze widać okolicę. Za naszymi plecami mamy pasterskie zagrody, przed nami nieduży kocioł ze skalnymi ostańcami, w którym, po jego lewej stronie pasą się owce i krowy (a jak owce to musi być pies, więc od razu pojawia się czerwone światło – tam nie idziemy). Za kotłem widać przełączkę i wiodącą na nią ścieżkę. Postanawiamy obejść ten teren po prawej stronie, cały czas bacznie obserwując czy pasące się stadko nie postanowiło ruszyć w naszą stronę. Po krótkim odpoczynku zaczynamy wspinać się na przełęcz, kierując się wyraźnie widocznymi zakosami. Tam też odnajdują się oznakowania szlaku. Dalej maszerujemy przez rozległe łąki usiane kamieniami, z których rozciąga się coraz szerszy widok na otaczające nas góry. W pewnym momencie wychodzimy na stado koni, pasące się na niezbyt stromym zboczu. Jest wśród nich kilka źrebaków, pilnowanych przez czujne mamy. Na nasz widok większość stadka przechodzi nieco bardziej na bok, lecz czujemy się bacznie obserwowani. Jesteśmy dla nich taką samą atrakcją, jak one dla nas. Nasza ciuciubabka ze szlakiem trwa w najlepsze, lecz jak do tej pory to my wygrywamy i odnajdujemy zakamuflowane czerwono – żółto – czerwone znaczki.

Poranek w górach

Korab

Jest pięknie, choć szlak pojawia się i znika

Korab

Spotkane przy szlaku konie

Konie Korab Albania

Nagle Marek zauważa, że przed nami maszeruje kulawa owca, co oznaczało tylko jedno – gdzieś jest stado i pilnujący je pies. Na potwierdzenie tego przypuszczenia po chwili słyszymy donośne ujadanie oraz dostrzegamy kilkadziesiąt owiec pasących się na stoku, po którym planowaliśmy maszerować. Marek początkowo proponuje, by obejść je jakoś bokiem, ja natomiast rozglądam się za pasterzem. Lepiej, żeby nas widział, by w razie potrzeby odwołać psa. Jak na zawołanie obok nas pojawia się pasterz, który właśnie zszedł po kulawą owcę. Marek od razy pyta się, czy to jego pies ujada na górze. Chłopak, na oko trzydziestoletni, pokiwał tylko głową i stwierdził „Follow me.” Przy okazji chciał nas poczęstować papierosami, ale ponieważ oboje nie palimy, to pozostało mu nikotynizowanie się w pojedynkę. Pasterz, ubrany w gumiaki, długie spodnie i gruby polar (my jesteśmy w krótkich spodniach i w koszulkach z krótkim rękawkiem, dodajmy to termicznych, a pot leje się z nas strumieniami), z fajkiem w zębach maszeruje tak szybko, że ja prawie gubię płuca, buty i jestem na etapie „zaraz  wyzionę ducha”. Marek, choć dotrzymuje tempa naszemu przewodnikowi, też wygląda na dość zmęczonego. Pasterz wyprowadza nas powyżej stada, psu wydaje jakąś krótką komendą, po której ten wstaje i odchodzi kilkanaście metrów w bok, po czym siada i przygląda się nam z zaciekawieniem. Żegnamy się z naszym przewodnikiem i wybawicielem przed psią katastrofą i ruszamy w dalszą drogę. Po 300 metrach gubimy szlak. W tym rejonie, według przewodnika, miały się znajdować tyczki, wyznaczające drogę na szczyt. Tyczek oczywiście nie ma, oznakowań również. Szczyt widać już z tego miejsca jak na dłoni, jednak my wahamy się, którędy na niego podchodzić. Jednak gdy się odwracam, widzę naszego pasterz, który macha nam, abyśmy szli prosto, w stronę grani oddzielającej Albanię od Macedonii. Tak też czynimy i wspinamy się bez szlaku i ścieżki na grzbiet. Tam okazuje się, że strasznie wieje, ale widać również wydeptaną w trawie ścieżkę, która doprowadza nas na szczyt. Praktycznie o godzinie 12 stajemy na Maja e Korabit – najwyższym punkcie dwóch państw – Albanii i Macedonii. Oprócz niego, jest jeszcze jeden szczyt w Europie, który stanowi najwyższe miejsce dwóch krajów i jest nim Mont Blanc.

Tam zmierzamy!

Maja e Korabit

Na szczycie!!

Maja e Korabit Golem Korab

Jesteśmy sami, wokół nas tylko góry, po horyzont praktycznie nie widać żadnych zabudowań, wszędzie tylko skały i niewielkie łąki. Jest pięknie, świeci słońce, ale dzięki silnemu wiatrowi nie jest za gorąco. Jedynie wściekłe muchy, które uparcie nad nami latają, psują nieco odbiór tej cudnej rzeczywistości. Na Maja e Korabit znajduje się również kesz, o którym wspominałam we wpisie dotyczącym travel bugów. Na górze spędzamy jakieś 40minut i schodzimy dopiero wtedy, gdy od strony Macedonii dociera tam czteroosobowa, męska grupa Czechów. Kiedy się zjawiają, rozpoczynamy drogę powrotną.

Panoramy ze szczytu

panorama Maja e Korabit

panorama Maja e Korabit

Postanawiamy zejść według tracka z WikiLoc, gdyż wyznakowany przez PKA szlak CBC nie przekonał nas do siebie. Nasi rodacy nie mogli poprowadzić szlaku w taki sposób, by przekraczał granicę, dlatego też wiedzie dość stromo w dół, po albańskiej stronie. Nawet nasz przewodnik nie zalecał schodzenia tym wariantem z racji dość dużej ekspozycji. My zatem wędrujemy zahaczając najpierw o Macedonię. Generalnie oprócz pasterzy nie spotkacie tam nikogo ze służby granicznej, ale jak wiadomo, lepiej mieć przy sobie paszport i/lub dowód osobisty. Trawiastym zboczem Koraba kierujemy się macedońskim szlakiem ku dołowi. Najpierw przechodzimy przez stadko owiec, by po chwili spotkać dwójkę Polaków. Z ich opowiadań wynika, że podejście od macedońskiej strony jest łatwe, miłe i przyjemny, a przede wszystkim nie trzeba ciągle myśleć o tym, gdzie jest szlak. Oprócz tego, wejście na Golem Korab od strony Macedonii jest tez odrobinę krótsze, niż od albańskiej. Żegnamy się z rodakami i wracamy do Albanii, trzymając się w miarę tracka. Po około 30minutach docieramy do potoku, żłobiącego urokliwy, niewielki kanion. Robimy przy nim małą przerwę, dając odpocząć nogom w zimnych wodach strumienia.

Macedońskie owce

owce macedonia

Po horyzont skały

Korab Albania

Potok rzeźbiący mały kanion

Korab

Odpoczynek

odpoczynek

Gdy ruszamy w dalszą drogę szybko okazuje się, że czeka nas przemarsz przez piękne, lecz dość niebezpieczne miejsce. Kocioł Panair, bo o nim mowa, jest cudny – taka zielona oaza wśród skalistego otoczenia. Płaski teren, duża ilość wody oraz piękna, soczysta trawa są idealne dla wypasu owiec i krów. Panair jest zatem jednym, wielkim pastwiskiem. Na jego końcu widać przełęcz, do której dochodzi ścieżka. Tam też kieruje nas track z WikiLoc. Zastanawiamy się, jak uniknąć spotkania z psami, ale ostatecznie uznajemy, że nie mamy innego wyjścia, jak po prostu zaopatrzyć się w kamienie i przejść dnem kotła. Najpierw schodzimy do niego po silnie eksponowanym, skalisto – trawiastym zboczu. Następnie przechodzimy przez stadko pasących się krów, które przyglądają nam się ze sporą dozą zdziwienia. Raczej nie często widują turystów. Dalej obieramy ścieżkę wiodącą po prawej stronie kotła, która miała wyprowadzić nas na przełęcz. Nagle, z okolic pasterskich szałasów będących od nas w pewnej odległości, słyszymy donośne ujadanie psów. Po chwili widzimy dwa ogromne psy pasterskie pędzące w naszą stronę. Po chwili już są koło nas, ale wystarczyło, by Marek podniósł do góry zaciśniętą na kamieniu dłoń, by dwa potwory stanęły w pół kroku i zaczęły rozglądać się na boki ze sporą dozą konsternacji. Chwile jeszcze za nami idą, ale nie warczą, ani nie szczerzą kłów. W końcu uznają nas za niezbyt ciekawe obiekty i postanawiają dołączyć do stada pasącego się powyżej nas. Możliwe też, że nie zaatakowały nas, gdyż w zasięgu ich wzroku pojawił się pasterz, który zaalarmowany ujadaniem, postanowił na chwilę porzucić owce i zejść niżej. Tak czy inaczej udało nam się bezpiecznie opuścić piękny Kocioł Panair i przejść do ogromnej doliny Fusha Korabit.

W stronę Kotła Panair

Kociol Panair

Krowy na zboczu kotła

Kociol Panair

Kocioł Panair w pełnej krasie

Kociol Panair

Przewodnik oraz nasz track zalecały ominięcie doliny poprzez przetrawersowanie stoku po jej prawej stronie, by ominąć spotkania z owcami. Ja wyszłam z założenia, że idąc dnem, będziemy widoczni z każdej strony. Okazało się być to słusznym rozumowaniem, gdyż większość stad pasła się na stoku, którym powinniśmy iść według przewodnika i tracka. Sama dolina jest naprawdę imponująca i nawet towarzyszą nam w niej oznakowania szlaku CBC. Tu trzeba dodać jedną rzecz. PKA poszło na łatwiznę znakując szlak, gdyż został on przez nich poprowadzony ścieżką pasterską. Znakarze nie wzięli jednak pod uwagę tego, że co roku pasterskie ścieżki wiodą nieco inaczej. W efekcie, my wędrowaliśmy piękną, wydeptaną drogą, a szlak biegł offroadem po pokrzywach i krzakach. W Fusha Korabit pasie się sporo zwierzyny, lecz pasterze szybko odwoływali psy, gdy widzieli, że nadciągamy. Dzięki temu my nie musieliśmy używać kamieni, które na wszelki wypadek dzierżyliśmy w dłoni. Cóż, psy te wykonują swoją pracę, a dodatkowo w rejonie tym występuje wyjątkowo agresywna rasa – szarpłaniniec, którą stworzono w Macedonii tak, aby mogła walczyć nawet z niedźwiedziem. Dlatego też chodząc po tych górach należy zachować czujność. Ciekawostką odnośnie tej doliny jest to, że znajdziecie w niej sporo bunkrów. Jest to w końcu teren przygraniczny, więc musiał zostać odpowiednio wzmocniony. Bunkry robią w tym miejscu dość dziwne wrażenie, gdyż po horyzont można nie zobaczyć nikogo, oprócz krów, owiec i koni.

W dolinie Fusha Korabit

dolina Fusha Korabit

dolina Fusha Korabit

dolina Fusha Korabit

Fusha korabit

Droga przez dolinę dłuży się niemiłosiernie, a dodatkowo nie ma tam ani grama cienia. Tłuczemy kilometry praktycznie po płaskim i przez długi czas nie widać nawet celu naszej wędrówki, czyli Radomire. Gdyby przyszło nam tędy podchodzić, to owszem, weszlibyśmy na szczyt, ale bylibyśmy znacznie bardziej zmęczeni, niż po przejściu naszego wariantu trasy.

W końcu jednak docieramy na próg doliny, skąd stromymi zakosami zaczynamy schodzić w dół. Gdy jesteśmy już w dolinie potoku Radomire dostrzegamy, że oprócz naszego, jest tam również rozbity inny namiot. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że jest to sympatyczna rodzina Niemców, którzy do Albanii przybyli z małoletnią córką. Pierwszą rzeczą, jakiej dokonujemy po powrocie jest kąpiel w zimnych wodach potoku. Ja dodatkowo odkrywam jak uroczo opaliłam sobie nogi. Wieczór spędzamy świętując nasz trekkingowy sukces i regenerując nadwątlone siły. Jutro już żegnamy się z górami i zaczynamy podróż w stronę wybrzeża.

Wracamy

dolina Fusha Korabit

Tam gdzieś jest nasz namiot

radomire

Wypoczęci (no prawie), pachnący (też prawie), ale w 100% dumni z trekkingu

Radomire

Noc w Radomire

Radomire

MAJA E KORABIT (Golem Korab) w skrócie, czyli jak zdobyć go od strony albańskiej:

– punktem startowym jest miejscowość Radomire, skąd zaczynają się oba szlaki wyznakowane przez PKA. Znajduje się tam hotel, bar, jest możliwość nocowania na dziko z dostępem do pitnej wody;

– my zalecamy zdobywanie szczytu od strony zachodniej, a schodzenie stroną wschodnią przez Macedonię;

– odległość (wraz z przewyższeniem) to ok.21km; czas przejścia (wraz z odpoczynkiem, spokojnym tempem) to ok. 10h;

– jeśli posiadacie GPSa lub telefon, który odczytuje tracki, polecamy ściągnąć nasz ślad ze zdobywania Maja e Korabit, który powinien Wam ułatwić wędrówkę. Weźcie jednak pod uwagę, że pasterskie ścieżki zmieniają co roku swój bieg i może tak być, że nasz track będzie Was ciągnął w jakieś krzaki. Potraktujcie go orientacyjnie, a i tak na pewno skorzystacie na tym (link do tracka poniżej).

– na szlakach nie ma problemów z dostępem do wody, lecz jest pewne ALE. W kotle Panair, jak i w dolinie Fusha Korabit wszystkie potoki są zanieczyszczone przez zwierzęce odchody, więc pod żadnym pozorem nie należy tam uzupełniać płynów!!

– jeśli napotkacie stado owiec (bo to przy owcach najczęściej są psy) starajcie się być widoczni i nawiążcie kontakt wzrokowy z pasterzem, aby mógł w razie potrzeby odwołać psa. Jeśli nie ma pasterza, a jest pies, to zaopatrzcie się w kamienie lub miejsce w pogotowiu kije trekkingowe. Pasterskie psiaki są na szczęście inteligentne i wiedzą, co oznacza oberwanie kamulcem.

Track w WikiLoc: http://www.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=7981442

PS. Również podczas zdobywania Maja e Korabit musiałam się uszkodzić. Tym razem zamiast guza na głowie, wbiłam sobie w rękę jakąś kolczastą roślinę. Ot tak po prostu, maszerowałam, machałam łapami, na tyle skutecznie, że nadziałam się na kolce. Po 15 minutach dłubania w ręce i marudzenia, że mnie boli, udaje mi się wyciągnąć ostre fragmenty wrednej rośliny. Ręka trochę mi puchnie, a ja stwierdzam jedno – coś mi te góry nie służą 😉

Reklamy

21 uwag do wpisu “Bałkany 2014. Część 6 – wejście na Maja e Korabit (Golem Korab)

    • Konie tam się po prostu pasły,natomiast pasterze jeździli konno w takich śmiesznych siodłach.Dodajmy też,że pewnie nie tak łatwo by było wsiąść na te Koniki ze zdjęcia,bo były dość nieufne (pewnie ze względu na młode).

    • Przede wszystkim idąc na Maja e Korabit można odciąć się od cywilizacji, bo autentycznie wokół nie widać żadnych zabudowań (oprócz pasterskich szałasów i zagród dla zwierząt). Naprawdę oczyszczające 🙂

  1. przyznam się bez bicia, że jestem zwierzęciem miejsko-plażowym i myślę, że z moją obecną kondycją ciężko by mi było udać się w dłuższy trekking… chociaż po przeczytaniu Waszego postu i radości z pięknych widoków uwiecznionych na Waszych zdjęciach chyba czas się skusić na jakąś górską wyprawę… powiedz, przygotowujecie się jakoś specjalnie do nich?

    Chciałam też dodać, że Albania to bardzo mało znany kierunek na wyprawy górskie.. a szkoda, bo tamtejsze krajobrazy zapierają dech w piersiach! Rok temu miałam okazję przejeżdżać przez Park Narodowy Llogara na południe od Vlore.. coś pięknego!

    • Ze specjalnych przygotowań,to jedynie zbieranie informacji dot. samych gór i możliwości wejścia.Kondycję oboje mamy raczej dobrą bo sporo czasu spędzamy na rowerach,sporo chodzimy po polskich górach,ja dodatkowo biegam.
      Co do gór Albanii to ruch turystyczny skupia się na górach Prokletije,bo tam są jakieś szlaki.W pozostałych górach jest z tym gorzej,jest bardziej dziko.Ale to też ma swój klimat 😉

  2. Pingback: Bałkany 2014. Góry Albanii | BAŁKANY według RUDEJ
  3. Piękne, ale góry nie dla mnie (i wiem to nie od dziś 😉 – o ile kocham psy i mam na ich punkcie bzika, to psów pasterskich się boję panicznie (hmmm, zabawiając się w psychologa, mogę powiedzieć, że to uraz z dzieciństwa, miałam niecały rok, jak moi rodzice utknęli ze mną w Małych Pieninach przy stadku owiec w towarzystwie milusiego owczarka, który sobie spokojnie stał, o ile oni stali, a powarkiwał, jak próbowali się ruszyć, a pasterzowi się nie spieszyło… 😉

    • Ja do psów pasterskich mam duży respekt. Z drugiej strony po zajęciach na psychologii w teorii wiem,jak z nimi postępować. Ale to teoria, w praktyce lepszy jest kamień. Choć unikam przemocy wobec zwierząt,to własne bezpieczeństwo musi być czasem na pierwszym miejscu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s