Bałkany 2014. Część 5 – z Doliny Valbony do Doliny Radomire

13 sierpień 2014 Czyli o tym, że pozory mogą mylić i nawet w wiosce na końcu świata spotkać można towarzystwo poliglotów

To nasze ostatnie chwile w Valbonie. Przed nami podróż pod Maja e Korabit – najwyższy szczyt Albanii i Macedonii, który jest naszym trekkingowym celem następnego dnia. Dość sprawnie zwijamy obozowisko i jemy śniadanie. Przed odjazdem żegnamy się z właścicielem campingu i restauracji Tradita. Wręczamy mu w podziękowaniu za gościnę puszkę polskiego Żubra. Widać, że mocno zaskoczyliśmy go tym gestem, ale przynajmniej będzie miło wspominać Polaków.

Poranek w Valbonie. Tradita szykuje się do wydania pierwszych posiłków.

Valbona Tradita

Powoli zaczynamy opuszczać piękną Dolinę Valbony. Najpierw jednak odwiedzamy ruiny młyna, które są tuż przy asfaltowej drodze. Miejsce urokliwe, przede wszystkim dzięki ogromnym głazom, które zmuszają płynącą obok nich wodę do wydawania z siebie pohukiwań i pomruków. Zaglądamy również do Liqeni i i Xhemes czyli James Lake, które miało być teoretycznie super ładne. Owszem, było dość intrygujące, ale są na świecie bardziej urokliwe górskie jeziorka.

Młyn

Młyn Valbona

Siła wodnego żywiołu

Valbona

Nad jeziorkiem

James Lake

Jazda przez dolinę, kiedy jest jasno i wszystko widać, dostarcza nam znacznie mniej emocji, niż nasza nocna podroż do Valbony dwa dni temu. Choć większość trasy jest żwirowa, to tempo jazdy mamy dość wysokie. Jedynym minusem jest jednak to, że strasznie się kurzy. W efekcie, gdy mijamy się z jakimkolwiek autem musimy szczelnie zamykać okna, by unoszący się w powietrzy biały pył nie pokrył całego kiankowego wnętrza. W ciągu dnia oczywiście trwa również dalsza przebudowa drogi i tu warto zaznaczyć, że naprawdę widać pracujących Albańczyków. Generalnie z tego, co dowiedzieliśmy się od spotkanych w Tradicie Polaków, budowniczowie tej trasy czekają, aż ona przestanie się osuwać i dopiero wtedy wyleją na nią asfalt. Póki co trwa jej dalsze utwardzanie oraz zabezpieczanie stoków górskich.

Albańska myśl techniczna 😉

Valbona

Akwedukt

akwedukt

Gdy całkowicie opuszczamy dolinę, kierujemy się do Bajram Curi, które powstało w wyniku przesiedlenia ludności przygranicznej. Tam też mamy ambitny plan zakupu internetu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak bardzo ambitne będzie to zadanie, ale nie zrażeni dość szybko odnajdujemy salon Vodafonu. Pierwszym napotkanym problemem jest kwestia dogadania się z pracownikiem salonu. Zarówno on, jak i my staramy się miksem różnych języków przekazać to, co chcemy powiedzieć. Na szczęście „internet on sim card” jest sformułowaniem dość uniwersalnym. Jednak tu pojawił się problem numer dwa – nie działał program, którym obsługuje się ewentualnych interesantów. Decydujemy, że wrócimy za pół godziny, mając nadzieję, że pracownik Vodafonu coś zdziała. Idziemy na małe zakupy i spacer po Bajram Curi. Lubię na Bałkanach to, że nawet niewielkie miasteczka tętnią tam życiem, ludzie siedzą w knajpkach i kawiarniach, uśmiechają się do siebie, rozmawiają. Panuje lekki harmider, ale jest on w jakiś sposób przyjemny i miło obserwuje się go z boku.

Kiedy wracamy do Vodafonu, dostrzegamy inny salon lokalnej telefonii komórkowej, czyli amc – Albanian Mobile Company. Panuje w nim wyjątkowy ruch, ale uznajemy, że jeśli nie uda się z opcją numer jeden, spróbujemy tu. W Vodafonie oczywiście okazuje się, że program nadal nie działa, a bezradność pracownika osiąga zenit. Po szybkiej konsultacji, ja biegnę do amc, a Marek zostaje w Vodafonie by zdobyć chociaż adres innego salonu tej sieci w Kukes, przez które i tak będziemy tego dnia przejeżdżać.

Zostawiam więc Marka z przerażonym Albańczykiem, który dzwoni po znajomych i rodzinie, by ci sprawdzili mu adres salonu w Kukes, a sama udaję się do amc. Po wcześniejszej kolejce nie ma śladu, lecz i tak panuje tam dość spore zamieszanie. Gdy w końcu gość z obsługi zwraca na mnie uwagę, następuje bardzo urocza konwersacja:

Ja: Do you speak English?

On: No!

Ja: (po chwili konsternacji) Do you have internet on sim card?

On: Yes!

No dobra, połowa sukcesu, dogadaliśmy się. Przystępujemy zatem do formalności, czyli do skserowania mojego paszportu oraz podpisania jednego dokumentu. Później karta sim została docięta do rozmiaru micro i wsadzona do mojego telefonu. I tu następuje porażka firmy Sony i jej modelu Xperia Z oraz 40minutowa konsternacja moja i pana z amc. Telefon kartę widział, ale nie chciał pozwolić na połączenie z internetem. Gdy w końcu pojawia się Marek decydujemy, że spróbujemy z jego smartfonem, skoro mój super hiper durny telefon jest oporny na albańską myśl techniczną. Starsza Xperia Marka nie dość, że od razu zadziałała, to na dodatek miała w opcjach języka albański, co pan z amc przyjął ze znaczącą ulgą. W tej sytuacji zabawne było to, że kartę sim trzeba było z powrotem skleić do normalnego rozmiaru, ale mimo prowizorki i tak działała. Sukces, dzięki któremu wszyscy mogliśmy odetchnąć. Jedynym plusem spędzenia w salonie amc tej prawie godziny (oprócz zakupu internetu oczywiście) była możliwość poobserwowania, jak taki przybytek funkcjonuje w Albanii. Gdy tam byliśmy, przez miejsce to przewinął się spory tłum klientów. Ponieważ w Albanii przelewy nadal nie są czymś powszechnym, za rachunki płaci się gotówką. Jak to wyglądało w amc? Tłum wpada do środka, każdy rzuca jakąś kwotę pieniędzy, wpisuje swój numer telefonu na liście (lub pracownik odnajduje ten numer na innej liście), po czym wychodzi. O dziwo pracownicy jakoś się w tym łapali i wiedzieli, kto za co i ile zapłacił. A skoro o finansach mowa – 3GB internetu, ileś set minut do amc i poza siecią kosztuje 1200lek, czyli jakieś 40zł. Dodam też od razu, że amc ma bardzo dobry zasięg i nawet na sporych zadupiach internet spokojnie działał.

Z Bajram Curi wyjeżdżamy w stronę Fushe Arrez, znaną nam drogą miliona zakrętów. Przy okazji zatrzymuje nas policja i uzbrojona w kałachy straż graniczna. Ewidentnie kogoś szukali, na szczęście nie nas. I tu małe sprostowanie. Bardzo często czytam w sieci, że w Albanii ciągle spotyka się kogoś biegającego z kałachem lub inną palną bronią. Może mamy z Markiem takie szczęście/nieszczęście, że pierwszy raz odkąd odwiedzamy ten kraj, widzimy kogoś z bronią. Także należy traktować z lekkim przymrużeniem oka fakt, że wszyscy, wszędzie w Albanii plączą się z kałachami.

Marek jako bojowacz

Bajram curi bojowacz

Nasza kręta droga początkowo mija mi całkiem przyjemnie. Niestety po pewnym czasie, co zrzucam głównie na karb upału, dopada mnie jakaś masakryczna migrena. Każdy zakręt wywołuje u mnie mdłości i czuję się gorzej niż źle. Zażyte proszki również, jak na złość nie chcą szybko zadziałać. Marek na chwilę postanawia zatrzymać się nad niewielkim potoczkiem. Gdy moczy stopy w wodzie okazuje się, że ma towarzyszy – żabę i pływającego węża. Ja w tym czasie zastanawiam się, dlaczego ja w ogóle jeżdżę do ciepłych krajów, kiedy ja tak fatalnie znoszę upały. Na szczęście proszki przypominają sobie, do czego zostały stworzone i ból głowy zaczyna ustępować. No a wraz z nim różne czarne myśli. I dobrze! Won!

Widoki z trasy – Valbona

Valbona

Docieramy do skrzyżowania – w lewo na Kukes, w prawo na Fushe Arrez. Wybieramy opcję numer jeden i po paru kilometrach docieramy do kesza, założonego przez Czechów. Szybko go odnajdujemy, logujemy się i ruszamy w dalszą drogę. Oczywiście trasa do Kukes jest równie kręta, jak droga z Bajram Curi, ale to nie powinno nas dziwić. Jesteśmy w końcu w bardzo górzystym terenie, w który poprowadzenie drogi na wprost byłoby zbyt kosztowne, gdyż wiązałoby się z budową licznych tuneli czy wiaduktów.

Przed Kukes wjeżdżamy dość specyficznym wjazdem na autostradę. Jest to piękny kawałek drogi, z której rozciągają się fenomenalne widoki na okolicę (no dobra…przesadzam…z każdej tamtejszej drogi będziecie mieli super widoki, ale musiałam coś napisać o autostradzie. Wybaczcie mój brak inwencji twórczej.). Standardowo, gdy docieramy do miasta, panuje w nim sjesta i jesteśmy praktycznie jedynymi osobami przemierzającymi jego ulice. Na szczęście kilka interesujących nas miejsc jest czynnych: knajpka z hamburgerami (Marek jak zwykle był głodny), piekarnia (zapas pieczywa na jutrzejszy trekking), sklep. W tym ostatnim trafiamy na wyjątkowo gadatliwego i znającego świetnie angielski Albańczyka. Kiedy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski stwierdza tylko, że w tym rejonie kręci się wielu naszych rodaków, a ostatni byli dzisiaj na rowerach. Przy okazji tej rozmowy, dopytuje się o nasze dalsze plany. I tu popełniam gafę mówiąc, że wybieramy się na Golem Korab. Otóż nazwa ta używana jest tylko po macedońskiej stronie, natomiast w Albanii stosuję się nazwę Maja e Korabit lub Korabit. W efekcie sprzedawca nie wiedział, o jaką górę w ogóle mi chodzi. Dopiero jak wytłumaczyłam mu, że mamy w planach zdobywać najwyższą górę dwóch krajów, wyjaśnił mi mój błąd.

Wymarła ulica Kukes w trakcie sjesty

Kukes

Wyjeżdżamy z Kukes drogą w stronę Peshkopi. Jakież jest nasze zaskoczenie, gdy okazuje się, że trasa ta jest wyremontowana i Kianka może radośnie sunąć po nowiutkim asfalcie. Notabene jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda stara wersja trasy do Peshkopi, to koniecznie zajrzyjcie do Karola, z Kołem Się Toczy, którzy przemierzał ten, jak i inne albańskie regiony na rowerze. Szacun!!

Oczywiście towarzyszą nam piękne, górskie widoki. Warto też dodać, że na drodze tej byliśmy przez większość czasu jedynymi podróżującymi. Pustki. Aby dotrzeć do Radomire, które jest bazą wypadową na Maja e Korabit od albańskiej strony, należy odbić w lewo, z głównej szosy. Niestety nie ma już drogowskazu, o którym wspominał nasz przewodnik. Na szczęście, po tym jak zjechaliśmy zbyt mocno na dół, gdy zaczęliśmy sunąć do góry zauważyliśmy na murku obok niezbyt okazałej drogi napis „Korabit”. Trafiliśmy na właściwe tory. Droga do Radomire jest gorzej niż zła, ale na szczęście przejezdna nawet dla Kianki. Im bliżej wsi, tym większy ruch – kręci się sporo osób, co jakiś czas musimy mijać się z innymi autami, z których większość to audice czy BMW. Gdy docieramy do centrum miejscowości już wiem, co jest powodem tego zamieszania. Trwa wesele! Pomijam fakt, że jest środa, a wesele ciągnie się od weekendu 😉 Gdy siedzimy w aucie i rozglądamy się wokół, rozważając, gdzie dalej podjechać, nagle podchodzi do nas dwóch Albańczyków. Obaj, mówiący wybitnym angielskim z brytyjskim akcentem, zapytali się nas, czy mogą nam jakoś pomóc. Gdy wyjaśniliśmy, że chcemy zdobywać Maja e Korabit, stwierdzili tylko, że jeśli chcemy nocować pod namiotem, to możemy rozbić się gdziekolwiek, że woda wszędzie jest pitna i w ogóle to „Welcome to Radomire!!”. Jedziemy dalej, za wskazówkami naszych rozmówców i docieramy pod hotelik z małym pubem, skąd rozpoczynają się dwa szlaki, wyznakowane przez PKA – Polski Klub Alpejski. Rzeczywiście, tuż przy miejscu, w którym do wioski spływa potok Radomire, znajduje się ścieżka wiodąca ku górze, wzdłuż której początkowo biegną oba szlaki – czerwono – biało – czerwony oraz czerwono – żółto – czerwony. Rozglądamy się się po okolicy, ale nie znajdujemy dogodnego miejsca na obozowisko. Za hotelikiem odbijamy w prawo i jedziemy wzdłuż stoku. Niestety tu również nie znajdujemy odpowiedniego miejsca na nocleg. Za to, gdy przepuszczamy na wąskim odcinku inne auto, słyszymy, że kierowca mówi nam „dziękuję” po polsku. Kręcimy się jeszcze chwilę po okolicy, gdy zaczepia nas pewien sympatyczny Albańczyk. Jak się szybko okazuje, mieszka na stałe w Londynie, pochodzi z Tirany a do Radomire przyjechał na wesele kuzyna. Stwierdził, podobnie jak nasi wcześniejsi rozmówcy, że możemy rozbić się gdzie chcemy (byle nie na czyimś polu), że pasterze są przyjaźni i ogólnie wszyscy cieszą się, że tu przyjechaliśmy, bo turyści nie są tu często widywani. Opowiedział nam również o swojej tradycji. „Wiecie, ja co roku przyjeżdżam z Londynu do Radomire, by wejść na Maja e Korabit. Robię to głównie po to, żeby zrzucić MacDonalda, które jem przez cały rok!” Każda motywacja jest dobra 😉

Nowiutka droga do Peshkopi…

droga do Peshkopi

…i jej atrakcje

droga do Peshkopi

Góry, wszędzie góry

Albania góry

Na drodze dojazdowej do Radomire

Radomire

Cała sytuacja z Radomire jest dla nas dość kuriozalna. W wielu miejscach w Albanii, nawet tych mocno turystycznych, miewaliśmy problemy, żeby dogadać się z kimkolwiek po angielsku. A tu, przyjeżdżamy do miejscowości na małym końcu świata i nie mamy żadnych problemów z komunikacją. Oczywiście, gdyby nie trwające wesele, pewnie byłoby nieco inaczej. Tu trzeba podkreślić, że liczebność populacji Radomire jest trudna do określenia, a wszystko przez to, że znacząca większość pochodzących stamtąd mężczyzn pracuje za granicą. Akurat my trafiliśmy na moment, gdy wszyscy na raz zjechali się by świętować ożenek jednego z nich. Tak czy inaczej było to mocne zaskoczenie, na które nie byliśmy przygotowani, ale które ułatwiło nam życie 😉

Żegnamy się z naszym rozmówcą i wracamy pod hotelik. Zostawiamy przed nim Kiankę i maszerujemy w górę potoku. Pierwsze, co rzuca nam się w oczy, to „Kochanie, widzę idącą w naszą stronę trawę!”. Rzeczywiście, spora kopka trawy szła w naszą stroną, nieco chwiejąc się na czterech, kopytnych nogach. Koniki służą w Radomire nie tylko jako transport dla pasterzy, wypasających w górach stada owiec czy krów, lecz również do zwożenia z wyżej położonych łąk trawy. Wygląda to dość komicznie, ale za którymś razem byliśmy już mniej zaskoczeni widokiem idącej w naszą stronę trawy.

Po chwili poszukiwać udaje nam się znaleźć wypłaszczenie, które jest tylko w minimalnym stopniu obsrane przez zwierzaki. Po małych porządkach i opanowaniu paniki Marka „Ja nie chcę rozbijać namiotu obok kupy, nawet jeśli jest ona wyschnięta!”, schodzimy po graty do auta. Niestety nijak nie da się do góry podjechać Kianką – liczne potoczki, głazy o różnych rozmiarach i inne tego typu atrakcje. Obładowani jak tragarze lub himalajskie jaki wracamy do upatrzonego wcześniej miejsca z wyschniętą kupą. Rozbijamy namiot, a w płynącym obok małym potoczku chłodzimy napoje. Sam potok Radomire dość głośno nam huczy, ale po pół godzinie jesteśmy do niego przyzwyczajeni i nie przeszkadza nam również w szybkim zaśnięciu. Co by nie mówić, jutro czeka nas naprawdę długi i wyczerpujący dzień!

Advertisements

12 uwag do wpisu “Bałkany 2014. Część 5 – z Doliny Valbony do Doliny Radomire

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s