Bałkany 2012. Część 24 – z Albanii do Czarnogóry

4 maj 2012 Dzień, w którym rozpoczęliśmy drogę powrotną do Polski.

Słowa wracać i pożegnanie nie brzmią zbyt optymistycznie. Nie dość, że musimy pożegnać się z „naszą dziką plażą”, to dodatkowo, za dni parę będziemy znów w szarej, polskiej rzeczywistości. Z drugiej jednak strony, nie mamy na co narzekać. Byliśmy przecież w tylu wspaniałych miejscach, doświadczyliśmy sporo, a przed nami jeszcze trochę atrakcji. Oczywiście chciałoby się pojechać jeszcze dalej, na dłużej, żeby zobaczyć więcej. Ale jak to się mówi, apetyt rośnie w miarę jedzenia i z podróżami jest tak samo. Człowiek raz spróbuje i przestać nie może. Jednak różne obowiązki oraz kwestie finansowe zmuszają nas do powrotu na ojczyzny łono.

Poranek spędzamy na szykowaniu się do drogi – pakujemy się, sprzątamy Kiankę, w której zgromadziła się spora ilość piasku i kamieni. Słońce dość mocno nam przyświeca, mimo kręcących się wokół mniejszych, czy większych chmur. Zastanawiamy się, kiedy uda nam się tu znów wrócić. Czujemy, że nie nastąpi to zbyt szybko, więc oboje nieco markotniejemy. Rozważamy również to, jak długo „nasza dzika plaża” pozostanie rzeczywiście dziką. Mamy nadzieję, że jak najdłużej, bo największym urokiem tego miejsca jest właśnie brak infrastruktury. Oby Albańczycy szybko nie przekształcili naszej plaży w kurort.

Pożegnalne zdjęcie, zrobione przez Kiankę

Plaża Albania

Z ciężkimi sercami żegnamy się z „naszą dziką plażą” i wyruszamy w mozolną drogę pod górę, do asfaltowej trasy. Później kierujemy się na przełęcz Llogarase. Przez drogę przetaczają się sporej wielkości chmury. Rozgrywa się wietrzno – chmurzasty spektakl, który przez dłuższą chwilę możemy podziwiać. Ostatni raz spoglądamy z góry na  „naszą dziką plażą” i wyruszamy dalej na północ.

Llogarase w chmurach

Llogarase

llogarase

Przejazd do Tirany mija nam dość szybko i już koło 13 jesteśmy w albańskiej stolicy. Docieramy do TEGu, gdzie postanowiliśmy zrobić ostatnie, większa zakupy. Wydajemy gotówką tysiąc leków na żywność i alkoholowe gifty dla rodziny i znajomych. Zanosimy zakupy do samochodu i próbujemy złapać wifi. Kiedy Marek sprawdza swój stan konta, dopada nas z lekka szara rzeczywistość, gdyż okazuje się, że na powrotną benzynę zostało nam 567zł. Cóż, przed nami 1700-1800km do przejechania… Staramy się myśleć optymistycznie, że jakoś damy radę.

Opuszczamy TEG i przebijając się przez zatłoczoną Tiranę, kierujemy się w stronę Czarnogóry. Choć albańska stolica jest dość chaotyczna i może niezbyt urodziwa, to jednak na nas robi wyjątkowo pozytywne wrażenie i nie jest aż tak męcząca, jak choćby Warszawa. Dalej jedziemy znaną nam już drogą na Shkoder, a później odbijamy na przejście graniczne Hani i Hotit, z którego blisko już jest do Podgoricy, czyli czarnogórskiej stolicy. Droga na granicę jest widokowo – po prawej stronie Prokletije, po lewej jezioro i Rumija.

Na wyjeździe z Tirany. W Albanii flagi bardzo często umieszczone są na rondach. Zresztą prawda jest taka, że albańska flaga jest wyjątkowo ładna.

Tirana

Generalnie jadąc od Shkodra do granicy usiłujemy znaleźć jakąkolwiek stację benzynową, w której można by zapłacić kartą. Niestety, nigdzie nie możemy takowej znaleźć, a w połowie drogi do Hani i Hotit zaczyna palić się rezerwa. Kianka jest głodna! Żeby było zabawniej, asfalt znów pojawia się i znika. W pewnym momencie docieramy do miejsca, gdzie asfalt kompletnie zanika, a z przeciwnej strony nadciągała koparka i ciężarówka. Operator koparki zaczął do nas machać i zawzięcie coś tłumaczyć. Okazało się, że wjechaliśmy na budującą się jeszcze drogę i musimy zawrócić na jej starszą wersję. Konfrontujemy to z GoogleMaps i rzeczywiście, jechaliśmy według niego poza trasą, gdyż nowej drogi jeszcze nie miał prawa widzieć. Wracamy zatem na „właściwe” tory, które są mocno dziurawe i momentami całkowicie brakuje asfaltu.

Przed samym przejściem granicznym zjeżdżamy na stację paliw, na której oczywiście nie można zapłacić kartą. Kianka jest coraz bardziej głodna i zła, co zaczyna nas z lekka niepokoić. Jedziemy jednak na granicę, gdzie zasadniczo panuje jakiś istny chaos. W obie strony stoi gigantyczna kolejka tirów, z tym że znacznie większa po czarnogórskiej stronie. Nam na szczęście udaje się dość szybko przekroczyć granicę i znów jesteśmy w Czarnogórze. I tu zaskoczenie… nie, przepraszam, to raczej nie było nic nowego – droga na przejście graniczne była w remoncie. A do tego była to trasa dość górska, pełna serpentyn i stroma. Dodatkowymi atrakcjami były tiry i jeden pas do poruszania się. Oczywiście asfaltu brak. Kawałek za przejściem granicznym na podjeździe jeden z tirów ma problemy. Tworzy się zator i wszyscy czekamy aż ciężarówce uda się w końcu podjechać na wzniesienie. My jednak bardziej niż na sytuacji na drodze, skupiamy się na widokach. A widać Rumiję i malownicze, zarośnięte nabrzeże Jeziora Szkoderskiego.

Kiedy droga staje się drożna, ruszamy w dalszą podróż. Zjeżdżamy w dół na równinę, gdzie docieramy też do cywilizacji i stacji benzynowej, na której znaczek Visy jest równoznaczny z możliwością płacenia kartą. Bardzo głodna Kianka dostaje w końcu swój upragniony posiłek. Po kiankowym posiłku jedziemy dalej w stronę czarnogórskiej stolicy. Po drodze zatrzymujemy się w pekarze, gdzie tym razem to ja i Marek posilamy się nie paliwem, a pysznym pieczywem.

Docieramy do Podgoricy, zwanej kiedyś Titogradem. Nie wjeżdżamy jednak do centrum miasta, lecz obrzeżami kierujemy się na Kolasin. Po minięciu przedmieść stolicy, wjeżdżamy do kanionu rzeki Moracy. Jedziemy jego malowniczym fragmentem, obserwując biegnącą wzdłuż naszej trasy kolej, która pnie się coraz wyżej górskich zboczy. Przejażdżka pociągiem na tym odcinku to niezapomniane przeżycie. W 2010 miałam okazji jej doświadczyć, gdy jechałam z Tomaszem z Baru w góry Prokletije. Szczerze zazdroszczę Czarnogórcom tak widokowej trasy kolejowej.

Po prawej stronie wije się trasa kolejowa

Czarnogóra kolej

Opuszczamy główną drogę na Kolasin i w miejscowości Bioce, po niwielkich problemach nawigacyjnych (zasadniczo wjechaliśmy w złą drogę), zaczynamy piąć się w stronę drogi biegnącej pomiędzy Kolasinem a Adrejevicą, która przechodzi przez przełęcz Tresnavik, z której łatwo już się dostać w góry Komovi, które były naszym kolejnym, podróżniczym celem. Nie mamy jednak pewności, czy uda nam się dotrzeć tak obraną trasą, gdyż według naszej papierowej mapy częściowo biegnie ona po drogach najniższej kategorii. Natomiast GoogleMaps wyraźnie widziało całą drogę, co mogło świadczyć, iż nie jest wcale taka mała i beznadziejna. Nie martwiąc się na zapas, jedziemy dalej. Przez przypadek znów trafiamy na wyjątkowo widokową trasę, gdyż asfalt wije się wzdłuż stromych zboczy. Wszędzie wokół – góry, góry i doliny. Zatrzymujemy się przy sporej wielkości kolejowym mostem, rozpiętym nad kanionem. Robi niesamowite wrażenie i równocześnie dobrze wpisuje się w tutejszy krajobraz.

Wiadukt kolejowy nad kanionem

wiadukt kolejowy Czarnogóra

Góry wokół nas

Czarnogóra

Jadąc znaleźliśmy się w kłopocie. Nie, to nie przejęzyczenie. Otóż, byliśmy w miejscowości Klopot. Po kilku zakrętach za kłopotliwym miasteczkiem, znajdujemy dogodne miejsce na nocleg. Po niewielkiej kolacji zamieniamy Kiankę w campera i idziemy spać.

W czarnogórskim Klopocie

Klopot

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Bałkany 2012. Część 24 – z Albanii do Czarnogóry

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s