Bałkany 2012. Część 19 – z Albanii do Grecji

29.04.2012 Po niezbyt przespanej nocy przyszedł czas na upalny poranek. Średnio przytomni jemy śniadanie i ogarniamy okołokiankowy bałagan. Jest po godzinie 8, gdy wyruszamy do Butryntu (Butrintu…szczerze mówiąc nie wiem, która dokładnie forma nazwy jest poprawna). Na wstępie parę słów o tym starożytnym mieście.

Butrynt (Butrint) jest swoistą miniaturą śródziemnomorskiej historii, prezentując wszystkie jej fazy rozwoju, a także panowanie i upadek mocarstw, które miały w posiadaniu ten region. Obecnie, ruiny Butryntu (Butrintu) stanowią reprezentację zarówno hellenistycznego, sakralnego budownictwa z 4 w p.n.e., jak i obronnego budownictwa z początku XIXw.

Powstanie Bitrintu nawiązuje do klasycznej mitologii, która twierdzi, iż został założony przez uciekinierów i wygnańców, którzy opuścili Grecję po upadku Troi. Po przybyciu na miejsce, Priam, syn Helenusa zabił woła, który mimo odniesionych ran przez dłuższy czas walczył o swoje życie. Jednak ostatecznie zginął na tutejszej plaży. Wzięto to jednak za dobry omen i miejsce, do którego przybyli wygnańcy nazwali Buthrotum, co w wolnym tłumaczeniu oznacza rannego woła.

Najstarsze ślady, jakie odnaleziono w Butrincie, pochodzą z 4w p.n.e. i związane są ze świątynią boga Asclepiusa. Przybywający do niej pielgrzymi składali ofiary i modły w intencji wyzdrowienia i uleczenia. Również brali udział w ceremoniach, które odbywały się w tutejszym amfiteatrze.

Wraz z rozwojem Cesarstwa Rzymskiego, Butrint stał się rozkwitającym, śródziemnomorskim miastem. Cesarze Julisz Cezar a później cesarz Augustus utworzyli w nim kolonię, co zaprocentowało połączeniem miasta za pomocą grobli i akweduktu z pobliską równiną. Butrint mógł mieć wtedy ok.20ha powierzchni i znajdowały się w nim różnego rodzaju budynki, zarówno prywatne jak i publiczne, np. świątynie, łaźnie, grobowce.

Niestety dobra passa tego miejsca skończyła się w V wieku, kiedy to Butrint był kilkakrotnie atakowany. Wpłynęło to znacząco na zwykłe życie tutejszych mieszkańców. Domy, zazwyczaj drewniane, budowano na pozostałościach klasycystycznych budynków, a ludzie byli chowani w obrębie miasta. Od końca V wieku do połowy VI wieku nastąpił rozwój chrześcijaństwa, a sam Butrint stał się siedzibą biskupa, co poskutkowało budową pięknej, ozdobionej mozaikami chrzcielnicy oraz wielkie bazyliki.

Ruiny bazyliki

bazylika Butrint

Zasadniczo nie wiele wiadomo o Butrincie aż do 1081 roku, kiedy to stał się świadkiem wojen toczących się między Normanami a flotą bizantyjską. Ostatecznie został zajęty przez Normanów. W XIII wieku Bitrint znów rozkwitł. Na akropolu został zbudowany zamek, a fortyfikacje odbudowano i wzmocniono. W 1386, Butrint wykupili przez Wenecjanie. Miasto przez 400 lat stanowiło najbardziej wysuniętą, wenecką placówką. Miasto to było doceniane ze względu na lokalizację, bogactwo ryb w okolicznych zbiornikach, hodowane tu bydło oraz obfite w rośliny i zwierzęta lasy.

Na początku XIX wieku Butrint był niewielką, rybacką wioską, skupioną wokół zamku. Zmiany wprowadził w nim Ali Pasha, który był zdolnym, lecz bezwzględnym władcą, stąd często określany jest jako „Muzułmański Bonaparte”. Jego główny wkład w ten region to zamek zbudowany w ujściu rzeki.

Warto zaznaczyć, że już od końca XVIII wieku do Butrintu przyjeżdżali zagraniczni goście i turyści, m.in. Lord Byron, który był gościem Ali Pashy.

Pierwsze prace archeologiczne były przeprowadzone w latach 1928 – 1939 prze grupę włoskich badaczy, którym przewodniczył Luigi Maria Ugolini. W tym czasie udało im się odkryć praktycznie większość budynków Butrintu, które możemy podziwiać po dziś dzień. W 1992 roku Butrint został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Tyle historii, wracamy do relacji.

Kiedy docieramy pod wejście na teren ruin, okazuje się, że o tak porannej porze nie ma tu tłumu turystów. Dodam, że była wtedy niedziela, dzień wolny od pracy, a co za tym idzie liczyliśmy się z tym, że możemy natrafić na sporą liczbę odwiedzających. Jako obcokrajowcy, zwiedzający indywidualnie, zapłaciliśmy za bilety wstępu po 700leków od osoby. Otrzymaliśmy również ulotkę w języku angielskim, w której zawarta była krótka, acz treściwa historia Butrintu (tłumaczenie mogliście przeczytać powyżej). Ulotka zawierała też mapkę terenu i kierunek zwiedzania, ale my oczywiście poszliśmy pod prąd, co w ogólnym rozrachunku wyszło nam tylko na dobre. W pierwszej kolejności zaczęliśmy od odwiedzenia amfiteatru. Co ciekawe, w niektórych jego zakamarkach stała woda, w której radośnie pluskały się żółwie. Niektóre z nich, w grupkach lub pojedynczo, wygrzewały się na słońcu.

Amfiteatr

amfiteatr Butrint

Opalające się żółwie

żółwie Butrint

Naszym kolejnym celem jest zamek, do którego należy podejść ścieżką lekko pnącą się do góry. Znajduje się w nim muzeum, w którym (również po angielsku) można przeczytać o kolejnych etapach rozwoju miasta. Oczywiście znajdziemy tam też sporo ciekawych eksponatów. Jednak największym plusem muzeum była klimatyzacja. Mimo tego, że było wcześnie, to panował wyjątkowo nieznośny ukrop. Ruszamy dalej, mimo że ochroniarz pilnujący muzeum namawiał nas do tego, byśmy poszli drogą, którą przed chwilą tu przyszliśmy. Pewnie większość osób chodzi jednak „z prądem” a nie pod prąd. Zostawiliśmy skonsternowanego pana ochroniarza, który krzyczał za nami „Exit! Exit!”.

Zamek

zamek Butrint

Idziemy dalej, mijając coraz większe rzesze głównie zorganizowanych wycieczek z Albanii, Grecji i Kosowa. Jedna wycieczka dość mocno nas zaskoczyła: Amerykanie, średnia wieku jakieś 70lat. Co ich przygnało aż tutaj? Może byli na fakultatywnej wycieczce z Korfu? A może Albania nie jest dla mieszkańców USA tak enigmatyczna jak inne kraje europejskie? Jedno jest pewne – w Albanii Amerykanie bywają, o czym świadczy np. menu w restauracjach po angielsku, z podanymi cenami w dolarach.

Generalnie zwiedzanie Butrintu jest wyjątkowo miłym zajęciem, uprzyjemnianym przez widoki, piękne, pachnące rośliny, dające kojący cień. Jeśli będziecie na południu Albanii to ruiny Butrintu są jednym z ważniejszych celów podczas planowania wycieczki.

Marek i Butrint

Butrint

Mozaiki i ruda

mozaiki Butrint

Kiedy docieramy do wyjścia, naszym oczom ukazuje się tłum turystów. A jeszcze dwie czy trzy godziny temu było tu tak spokojnie.

Jest 11 i zaczynamy się zastanawiać, co tu dalej ze sobą zrobić. Zapada decyzja – jedziemy do Grecji, a dokładniej do Meteorów. Przy okazji będziemy mieć „odhaczone” jeszcze jedno, bałkańskie państwo na naszej podróżniczej mapie. Ruszamy zatem w drogę.

Najpierw jednak musimy poczekać na wyjątkowo urokliwy prom, który pływa na przylegającej do Butrintu rzece. Prom ten stał się sławny, gdy został bohaterem jednego z odcinków znanego, motoryzacyjnego programu Top Gear. Zresztą, sami zobaczcie:

Gdy czekamy aż prom dobije do naszego brzegu, podchodzi do nas grupka trzech Albańczyków – ojciec (w samych slipkach) oraz jego najprawdopodobniej dwóch synów (jeden mający jakieś 15-16 lat oraz drugi na oko dziesięciolatek).

– O, Polacy! Polonia! Polonia! Przepraszam, dziękuję, proszę. Dobrze! Dobrze!

Trochę osłupiali przyglądamy się tej ekipie, która zamiast raczyć nas znajomością polskich przekleństw, po prostu pokazała, że zna parę miłych słów w naszym rodzimym języku. To nas naprawdę zaskoczyło. Kiedy dowiedzieli się, że jedziemy do Grecji, wskazali nam kierunek jazdy i kazali trzymać się asfaltu. Stwierdzili również, że dotarcie do albańsko – greckiej granicy zajmie nam jakąś godzinę. Najmłodszy z Albańczyków rozmawiał z nami najdłużej i co warto podkreślić, naprawdę dobrze posługiwał się angielskim. Śmiał się z naszego psa z machająca głową oraz koniecznie chciał wiedzieć, czy interesujemy się piłką nożną. Kiedy powiedziałam, że tak, zapytał się czy lubię Manchester United. Jak to bywa z fanami piłki nożnej, nigdy nie wiadomo jaka odpowiedź jest tą jedynie słuszną. Na wszelki wypadek stwierdziłam, że kibicuję Manchesterowi, co młodego bardzo ucieszyło.

Nasz prom przybija do brzegu, więc żegnamy się z młodym Albańczykiem i wjeżdżamy na pokład. Generalnie prom wygląda jak tratwa, którą przed chwilą ktoś zmontował pod presją czasu. Ale cało i zdrowo dotarliśmy na drugi brzeg, więc narzekać nie możemy. Płacimy 100leków i ruszamy do Grecji. Oczywiście znów doświadczamy znikającego asfaltu, a sama droga wygląda, jakby była w przebudowie.

Na promie

prom butrint

Na przejściu granicznym, po albańskiej stronie, jest niewielka kolejka. Po chwili oczekiwania przychodzi do nas pogranicznik i przegrzebuje kiankowe odmęty. Natomiast na greckiej granicy panuje inny wymiar rzeczywistości. Oczywiście nikt nie jest zainteresowany naszym przybyciem. Idziemy zatem do pierwszego okienka, w którym siedzi jakiś pogranicznik. Pokazuje nam tylko, że mamy podejść do innego okienka. Gdy tam docieramy, strażnicy z dużą dozą nonszalancji przeglądają nasze dokumenty i ostatecznie pozwalają nam jechać. Zatem jesteśmy w Grecji!

Marek postanawia przekąpać się w morzu. Ja oczywiście odpuszczam sobie przez wzgląd na poparzoną i piekącą skórę. Kiedy Marek tapla się w wodzie, ja skryta w kiankowym cieniu czytam książkę. Ruszamy dalej do Igoumenitsy, gdzie wjeżdżamy na autostradę. Według googla, przejazd na interesującym nas odcinku jest zwolniony z opłat. Również na wjeździe na autostradę nie było żadnych informacji dotyczących jakichkolwiek opłat. Zadowoleni, mkniemy widokową, górską, pełną tuneli trasą, ąz tu nagle pojawiają się znaki dotyczące punktu poboru opłat. Nieco psuje nam to nastroje, na szczęście musimy uiścić całe 2EUR. Niestety czekała nas jeszcze jedna opłata (w tej samej wysokości), tuż przed zjazdem z autostrady w stronę Kalampaki, nad którą znajdują się Meteory.

Do Kalampaki wiedzie również bardzo widokowa trasa. Po drodze rozglądamy się za ewentualnym miejscem na nocleg, lecz nic sensownego nie udaje nam się wypatrzeć. Docieramy do samej Kalampaki, gdzie w centrum miasta udaje nam się znaleźć czynny sklepik, gdzie robimy małe zakupy. Od razu da się odczuć różnicę w cenach między tanią Albanią, a cholernie drogą Grecją.

Postanawiamy przed jutrzejszym zwiedzaniem, zrobić mały rekonesans wśród Meteorów, więc porzucamy Kalampakę i jedziemy w góry. Z każdym pokonywanym kilometrem szczęki opadały nam coraz niżej. Było bajecznie, pięknie, cudownie, rewelacyjnie? Nie, te słowa tego nie oddają. Trafiliśmy na naprawdę rewelacyjny moment – cisza, spokój, zero tłumów.

Kalampaka w dole

Kalampaka

Marek i Meteory

Marek i Meteory

Dzięki temu rekonesansowi dowiadujemy się, że każdy monastyr czynny jest w innym dniu tygodnia. Nas zasadniczo najbardziej interesuje Great Meteor, który akurat jutro będzie otwarty. Wszędzie też widzimy tabliczki, które informują o odpowiednim ubiorze (zakryte nogi, ramiona, żadnych bluzek na ramiączkach, dekoltów i krótkich spodenek).

Zjeżdżamy do Kalampaki inną drogą niż ta, którą tu przyjechaliśmy. Poniżej Meteorów znajdujemy kilka, fajnych miejscówek na nocleg, jednak uznajemy, że są zbyt blisko monastyrów i ktoś może nas stamtąd przegonić. Ruszamy zatem nad rzekę, gdzie przy moście udaje nam się znaleźć dogodną miejscówkę na biwak. Możemy doprowadzić się nieco do porządku i wyprać nasze ciuchy. Do nocy towarzyszą nam piękne widoki na monumentalne Meteory.

 Brzeg rzeki okazał się dość błotnisty, o czym szybko przekonał się Marek

błotko

Widok z noclegu

Kianka i Meteory

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Bałkany 2012. Część 19 – z Albanii do Grecji

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s