Bałkany 2012. Część 16 – droga do albańskiego raju

26.04.2012 Dzień zaczyna się dla mnie bardzo wcześnie, bo już o 6:40. Staram się nakłonić Marka, żeby poszedł w moje ślady, lecz dość jawnie wyraża niechęć do wstawania skoro świt. Mnie jednak nosi, bo pogoda jest bajkowa – błękit nieba, ostre słońce i przejrzysta widoczność. Ten ostatni aspekt wynika z tego, że panuje dość niska temperatura, ale nie ma się czemu dziwić, jesteśmy w końcu w górach. Spoglądają na nas Alpy Albańskie oraz jakieś greckie szczyty (tak w każdym razie wynikałoby z naszej mapy).

Pożegnalny widoczek ze wzgórza Sarisalltikut

Sarisalltikut
Po dokonaniu kilku pożegnalny zdjęć, zjeżdżamy kilka zakrętów w dół, by przy jednym z nich zjeść śniadanie. Stwierdzam, że chyba po powrocie do Polski nie będę umiała normalnie jeść śniadań, bo będzie mi brakowało tych wszystkich niesamowitych widoków, jakie otaczają nas na Bałkanach. Po typowej porannej krzątaninie i pakowaniu, wyruszamy do albańskiej stolicy czyli Tirany.

Droga do Kruji

droga z Sarisalltikut do Kruji

Zjazd do Kruji został uwieczniony na filmiku, nakręconym moim telefonem. Od razu przeprasza za to, że nie jestem wybitnym operatorem. Wolę jednak stać za obiektywem aparatu, a nie „kamery”. Chciałabym jedynie zwrócić Waszą uwagę na naszą kiankową maskotkę, czyli psa z machającą głową. Jak widać na filmiku, trzyma się dzielnie. Jednak nie zawsze na albańskich drogach pies miał tak łatwe życie. Parę razy, na większych dziurach i wertepach, odpadała mu głowa, a w bardziej ekstremalnych sytuacjach próbował ucieczki, odrywając się od deski rozdzielczej i usiłując wyskoczyć przez otwarte okno.

Do Tirany docieramy dość szybko, jednak panujący harmider troszkę utrudnia nam dalsze przemieszczanie się. Kolejny raz największym, albańskim koszmarem drogowym okazują się być ronda. Każdy pojazd, a także piesi, poruszają się po sobie tylko znanych torach ruchu. Co więcej z naszych obserwacji wynika, że na rondzie pierwszeństwo ma ten, kto na nie wjeżdża, a nie (tak jak u nas) ten, kto się po nim właśnie przemieszcza. Zasadniczo jednak kierowcy, gdy widzieli mały, śmieszny, żółty samochodzik na zagranicznych blachach, starali się nas na rondo wpuścić i obywało się bez większych komplikacji.  Warto też podkreślić jedną, ważną rzecz. Mimo panującego na drogach chaosu, wszyscy poruszają się dość wolno, a co za tym idzie praktycznie w ogóle nie było widać jakiś większych wypadków, a co najwyżej niegroźne stłuczki.

Aby dotrzeć do centrum Tirany, staram się rozgryźć szkicową mapę z przewodnika. Zasadniczo do albańskiej stolicy wjechaliśmy główną arterią czyli Rruga Durresit, dzięki której dotarliśmy do centralnej części miasta, czyli Placu Skanderberga. O samym Skanderbergu wspominałam już w kontekście Kruji, gdzie zresztą znajduje się jego olbrzymi pomnik. W Tiranie również został uwieczniony, ale tym razem na koniu. A kim generalnie był Skanderberg? Wojskowym, politykiem, bohaterem narodowym i co najważniejsze twórcą niepodległego państwa. Jerzy, bo tak brzmi imię Skanderberga, urodził się w 1405r. w Kruji. Wywodził się z bogatego rodu Kastriotów.  Będąc dzieckiem, został zabrany z domu rodzinnego, jako turecki zakładnik. Turcy w ten jakże wyrafinowany sposób wymuszali na albańskich możnowładcach lojalność. Jerzy wraz z trzema braćmi został wysłany do szkoły wojskowej, gdzie pobierał nauki. Najpierw jako żołnierz, a później jako dowódca wykazał się sporymi umiejętnościami, odwagą i rozwagą.  Za swoje wojenne osiągnięcia otrzymał wysoką rangę wojskową oraz tytuł Iskander Bey Arnauti (lub jak podaje część historyków tytuł Skanderberga). Generalnie jednak Skanderberg nie zapomniał nigdy o swoich albańskich korzeniach i gdy dowiedział się o śmierci ojca oraz o fakcie przejęcia rodzinnego majątku przez tureckiego namiestnika, wypowiedział posłuszeństwo sułtanowi i wrócił do kraju. Część historyków uważa, że przez większość czasu Skanderberg udawał lojalność wobec Turków, a tylko wyczekiwał odpowiedniego momentu, by od nich uciec.  W Albanii utworzył armię liczącą ponad 20tys. żołnierzy, na czele której osiągnął wiele zwycięstw. Warto zaznaczyć, że Skanderberg przez 25 lat bronił Albanii przed turecką inwazją i wykazywał się przy tym sporą determinacją, ale również sprytem. Jego dokonania budziły w Europie niemały podziw i szacunek, m.in. u papieża czy w Wenecji. Skanderberg otrzymywał od nich wsparcie, pod postacią żywności, pieniędzy i broni. Część historyków uważa, że gdyby nie on, to w XV wieku Półwysep Apeniński zostałby zalany przez turecką falę.  W Albanii jest uwielbiany i wszędzie znajdziemy ulice i place jego imienia, a także liczne pomniki.

Pomnik Skanderberga

Skanderberg Tirana

Wróćmy jednak do naszego pobytu w Tiranie. Oczywiście, jak to w każdym, dużym mieście bywa, gdy przebywa się w jego centrum, zawsze napotyka się problem z zaparkowaniem samochodu. Tirana nie odbiega pod tym względem standardom innych, europejskich stolic. Najpierw usiłujemy porzucić Kiankę przy meczecie i wieży zegarowej, jednak przebywający tam policjant, tłumaczy nam, że niestety nie możemy tam dać odpocząć Kiance. Jedziemy zatem dalej i ostatecznie parkujemy przy ul. Luigi Gurakuqi (mam nadzieję, że dobrze spisałam nazwę, gdyż mam problemy z rozczytaniem własnych notatek). Parking, na którym zostawiamy Kiankę jest mało urokliwy z racji smrodu, jak napływa ze stojących obok wielkich kontenerów na śmieci. Bardziej zastanawiające jest jednak to, że z bazarku owocowo – warzywnego, który jest nieopodal, również nie płyną najmilsze dla naszych nosów zapachy. Problem śmieci w Albanii to osobny temat na dyskusję. W każdym razie, niestety lub stety nie mamy zbyt wiele czasu na te zapachowe rozważania, gdyż jak spod ziemi wyrasta przed nami szalona babeczka, która jak się okazało odpowiada za parking i pobieranie opłat. Usilnie starała się nam wytłumaczyć kwestię tego, jak długo możemy parkować w tym miejscu. Ostatecznie wyszło na to, że najpierw musimy zapłacić 100leków, a gdy wrócimy po dwóch godzinach, kolejne 100leków. Postanawiamy nie zagłębiać się w temat, a po prostu iść pozwiedzać.

Nasz spacer zaczynamy od Pomnika Nieznanego Partyzanta, wieży zegarowej i meczetu. Zaglądamy na plac Skanderberga, gdzie podziwiamy jego naprawdę imponujący, konny pomnik. Przy nim znajduje się monumentalny budynek Narodowego Muzeum Historycznego, którego fasadę „zdobi” mozaika zatytułowana „Albania – alegoria państwa i narodu.” Kiedy patrzy się na to dzieło, człowiek przypomina sobie z lekcji historii propagandowe, stalinowskie plakaty.

Fasada muzeum historycznego

narodowe muzeum historyczne Tirana

Następnie udajemy się w stronę Piramidy, która jest jednym z bardziej charakterystycznych budynków Tirany. Pierwotnie była przeznaczona pod mauzoleum Envera Hodży (o którym wspomnę przy kolejnych wpisach), jednak nigdy tam nie spoczął. W latach 90tych Piramida została zaadaptowana na halę widowiskowo – sportową, lecz są podobno plany, by ją wyburzyć. Marek postanawia się wspiąć na szczyt Piramidy, by z góry zrobić kilka panoram Tirany. Zapytacie się, a jak tego dokonał? Otóż ściany piramidy nachylone są pod takim kątem, że bez problemu można po nich wejść na samą górę. Ja jednak oszczędziłam sobie tej przyjemności i zostałam na placu przed Piramidą, gdzie wygrzewałam się na słońcu.

Piramida jaka jest, każdy widzi, a przed nią Dzwon Wolności

Piramida w Tiranie

Widok z Piramidy

widok z Piramidy na Tiranę

Kiedy Marek schodzi z Piramidy, udajemy się w stronę budynku parlamentu, jednak kręci się tam bardzo dużo policji i przeróżnych oficjeli, więc uznajemy, że może lepiej udać się gdzieś indziej. Odwiedzamy zatem zabytkowy most, który położony jest w pobliżu licznych, wyjątkowo zaludnionych knajpek.

ruda na moście

most Tirana

Koszmar każdego elektryka, czyli jak to się robi na Bałkanach

Tirana

Powoli kierujemy się w stronę pl. Skanderberga. Po drodze kupujemy wyjątkowo tanie i smaczne lody (za cztery gałki w każdej naszej porcji płacimy jakieś 5zł). Przy okazji jedzenia i Tirany, watro wspomnieć, że jest to chyba jedyna stolica europejska, w której nie znajdziemy MacDonalda. Z racji długiej izolacji, Albania nadal jest jeszcze wolna od wielu, globalnych marek. Oczywiście z roku na rok się to zmienia, wraz z napływem zagranicznego kapitału.

Upał + zimne lody = błogostan

ruda

Gdy docieramy do placu, rozpoczynamy poszukiwania księgarni International Bookstore, która według naszego przewodnika sprzedaje wydane po angielski książki dotyczące Albanii. Niestety, nie udaje nam się jej odnaleźć i jestem tym faktem nieco zasmucona, gdyż liczyłam na jakąś ciekawą lekturę.

Życie w Tiranie

Tirana skwer

Spacerem przez Tiranę

Tirana

Kończymy nasz spacer po Tiranie, wracamy do Kianki i płacimy za nią drugą część haraczu w wysokości 100leków. Kierujemy się do miasta Durres, położonego nad samym morzem, do którego prowadzi autostrada. Wylotówka z Tirany nie jest nawet zbyt mocno zatłoczona, lecz kiedy zaczynamy rozglądać się za jakąś stacją benzynową, zatrzymuje nas policja. Oficer, dość  słabym angielskim, pyta się Marka, czy samochód do niego należy. Kiedy Marek dla upewnienia, zapytał się policjanta czy rzeczywiście zna angielski, ten tylko machnął ręką i stwierdził krótko i na temat „Go!”. Musicie wiedzieć, że w Albanii jest bardzo dużo kontroli drogowych. Najczęściej wyglądają one w ten sposób: w jednym miejscu siedzi policjant z radarem,  natomiast parę kilometrów dalej stoi kilka policyjnych ekip, które  wyłapują tych, którzy przekroczyli dozwoloną prędkość. Zatem zalecam rozwagę i uwagę.

Docieramy do Duress, które jest drugim, co do wielkości albańskim miastem oraz ważnym portem. Rzeczywiście po Adriatyku kręcą się ogromne promy i statki towarowe. Spędzamy kilka chwil na miejskiej plaży, lecz jakoś nie możemy się w tym mieście odnaleźć i wyruszamy w dalszą drogę na południe.

Najpierw kierujemy się na Fier, a później na Vlorę. Generalnie jedziemy przez większość czasu autostradą, która jest nią tylko z nazwy. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia tablicy, która informuje o zasadach jakie panują na autostradach (m.in. kto może, a kto nie może poruszać się po niej), a następnie nie uwieczniłam tego, co tam się rzeczywiście działo. Najpierw naszym oczom ukazuje się galopująca przez autostradę krowa. Dzięki temu, gdy później musieliśmy wymijać stado kóz i owiec, nie zrobiło to na nas wielkiego wrażenia. Pas awaryjny służy w Albanii do poruszania się pod prąd, sprzedaży wszelakich produktów, głównie spożywczych oraz do spotkań towarzyskich. Piesi uwielbiają biegać z jednej strony autostrady, na drugą. Gość na rowerze, traktor, wóz drabiniasty, osiołek na spacerze? Na albańskiej autostradzie wszystko dozwolone. Oczywiście tam również można spotkać sporo policyjnych patroli, jednak nie przejmują się zbytnio tym, co się tam wyprawia. Z drugiej strony, jak wlepić mandat krowie? W 2012 roku albańska autostrada nie była wolna od „chwilowych braków asfaltu”. Występowały one przede wszystkim pod budowanymi wiaduktami. Technika z obserwowaniem miejscowych kierowców bardzo się przydawała, dzięki czemu uniknęliśmy  uszkodzenia samochodu.

Autostrada i wehikuł czasu

albańska autostrada

Podróżować można na różne sposoby, tu akurat fotka ustrzelona podczas przejazdu przez Fier.

Fier

Docieramy do Vlory, z której miała rozpoczynać się najbardziej widokowa część trasy wzdłuż wybrzeża. Najpierw dokonujemy zakupów, na Rruga Kosova (ulica ta stała się naszym ulubionym miejscem do robienia zakupów we Vlorze, zarówno w 2012, jak i 2013 roku). Kupujemy zapas burków i pieczywa w niewielkiej, ale tak cudownie zaopatrzonej piekarni, że na samą myśl o tym miejscu, cieknie mi ślinka. Dokonujemy także ogólnospożywczych zakupów i ruszamy w stronę Orikum. Okazuje się jednak, że tunel biegnący wzdłuż Adriatyku jest zamknięty i jedziemy jakimś okropnym, wąskim i pełnym samochodów objazdem. Do Orikum docieramy około godziny 15. Zaczynam rozglądać się za jakimś miejscem noclegowym, lecz półwysep, który obraliśmy sobie za cel, jest strefą militarną. Rezygnujemy zatem z pomysłu nocowania z marynarką wojenną i jedziemy dalej, w stronę przełęczy Llogarase.

Droga na przełęcz Llogarase

w drodze na przełęcz Llogarase

Była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Droga na przełęcz jest niesamowicie widokowa i piękna. Kiedy docieramy do celu, otwiera się przed nami absolutnie rewelacyjny widok na Morze Jońskie oraz Korfu. Po naszej lewej stronie góruje natomiast ośnieżony szczyt. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem.

Marek, zdobywca bunkra na przełęczy

bunkier Albania

Widok z przełęczy

widok z przełęczy Llogarase

Widok na przełęcz

przełęcz Llogarase

Będąc na górze, udaje nam się wypatrzeć plażę, do której wiedzie jakaś droga, natomiast nie ma w pobliżu żadnych zabudowań. Postanawiamy tam dotrzeć i rozbić obozowisko. Najpierw czeka nas zjazd pełną serpentyn drogą. Po kilku minutach, wypełnionych „ochami” i „achami”, docieramy do odbicia na plażę. Droga jest kamienista, ale przejezdna i nawet Kianka daje sobie radę. Kiedy wjeżdżamy na plażę okazuje się, że jest tam kilka biwakujących ekip oraz paru lokalnych rybaków. Nasze początkowe obawy, czy aby na pewno bez przeszkód uda się w tym miejscu przenocować, szybko się ulatniają. Plaża jest tak rewelacyjna, że jak zacznę ją opisywać, to uznacie mnie za wariatkę, więc postaram się być oszczędna w słowach. Czyste, ciepłe jak na kwiecień morze. Piaszczysto – kamienista plaża. Widok na Korfu. Dwutysięczniki za naszymi plecami. Cisza i spokój. Ale aby tego doświadczyć, najlepiej jest się tam uda samemu. Wiem, co mówię! Byliśmy tam w sumie trzy razy 😉 Plaża ta jest naszym osobistym, małym rajem na ziemi. A od zeszłego roku jest nam jeszcze bliższa, ale o tym innym razem.

Na plaży, na plaży fajnie jest!

plaża, albania

Zachód słońca nad Morzem Jońskim

zachód słońca nad morzem jońskim

Advertisements

5 uwag do wpisu “Bałkany 2012. Część 16 – droga do albańskiego raju

  1. chciałam powiedzieć, że przez to że jechaliście samochodem to ominęła was jeszcze jedna Tirańska atrakcja. Ponieważ nie wiem czy wiecie, ale w Tirana jest jedyną stolicą bez Maca, ale też bez dworca autobusowego. Właściwy róg ulicy, z którego odjeżdża autobus w pożądanym przez nas kierunku, trzeba znaleźć samemu….zazwyczaj sprawiając pozytywne wrażenie na tubylcach po prostu. Oni wiedzą skąd, gdzie, co odjeżdża, tylko jeszcze trzeba się z nimi dogadać w jakimś ludzkim języku 🙂 świetna zabawa…szczególnie jak ma się ograniczony czas na dotarcie do jakiejś innej miejscowowści, a rozkładu jazdy i autobusu nie ma 🙂

    • Nie tylko w Tiranie, ale ogólnie w wielu miejscach na Bałkanach nie ma dworców autobusowych, a jedynie jakieś enigmatyczne miejsce, o którym wiedzą wtajemniczeni, skąd odjeżdżają busy. Zasadniczo jest to mała forma geocachingu – zamiast skrytki, znajdź kryptodworzec, ale żeby było trudniej, bez koordynatów gps 😛

      • wiesz, jak w jakiejś mniejszej mieścinie nie ma dworca autobusowego to mnie to nie dziwi, bo w wielu miastach na świecie ich nie ma…ale jak w stolicy brak jednego punktu zbornego dla podróżujących to już trochę się robi kłopotliwe 🙂 bo łatwiej biegać po Sarandzie szukając odpowiedniego rogu ulicy skąd odjeżdżają autobusy, ale Tirana jest dosyć duża i ciężko samemu się rozeznać 🙂
        a poza tym w ramach ciekawostek to powiem, że Tirana nie ma żadnego bezpośredniego połączenia ze Skopje. Jak się chce dotrzeć do stolicy Macedonii (jakby nie było państwa graniczącego z Albanią) to najpierw trzeba dojechać do jakiegoś innego macedońskiego miasta i dopiero stamtąd do Skopje…lekka paranoja, szczególnie jak za 10 godzin się ma autobus ze Skopje i nie można się na niego spóźnić 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s