Bałkany 2012. Część 15 – „Have nice time in Albania” Shkoder i Kruja

25.04.2012 Czyli dwa tygodnie w podróży

Poranek jest mocno pochmurny, co utwierdza mnie w przekonaniu, że raczej nie jestem zbyt dobrą pogodynką czy meteorologiem. Moje wczorajsze przewidywania odnośnie ładnej pogody nijak się mają do rzeczywistości.

Usiłuję ogarnąć mało przytomnego z powodu niewyspania Marka. Kiedy mi się to w końcu udaje, podjeżdżamy do pobliskiego wodospadu, by w jego okolicy zjeść śniadanie. Gdy jesteśmy w połowie konsumpcji kanapek, zaczyna lać i dość mocno wiać. Pakujemy  się w lekkiej panice do Kianki i kiedy wsiadamy z całym majdanem do jej przytulnego wnętrza, deszcz ustaje. Złośliwa i ewidentnie ruda bestia jest z tego deszczu…

Analizując naszą sytuację, decydujemy się pojechać do Shkodra, by spróbować złapać tam wifi , w celu sprawdenia jakieś prognoz pogody. Kiedy jedziemy drogą wzdłuż jeziora Koman, nadciąga wodny Armagedon. Stwierdzenie, że leje jak z cebra, wydaje się w tym momencie średnio oddawać obraz sytuacji.

Docieramy do Shkodra, w którym znów panuje chyba typowy dla tego miasta rozgardiasz. Jesteśmy jednak znacznie mniej zaskoczeni, niż za pierwszy razem. Z drugiej strony, z racji panującej ulewy, po ulicach kręci się znacznie mniej ludzi i samochodów. Porzucamy Kiankę i wyruszamy na poszukiwania darmowego wifi. Ostatecznie wybieramy Lobby Bar przy Rruga Studenti, gdzie poimy się kakao i korzystamy z wifi do woli. Aktualizujemy Kiankowy profil na fb oraz kontaktujemy się z rodzinami i znajomymi. Kontrolujemy również stan naszych kont bankowych, co zasadniczo jest podczas wyjazdu dość istotną kwestią. Sprawdzamy również prognozy pogody i gdy to robimy, ulewa ustaje i wychodzi piękne słońce. Na ulicach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, od razu robi się tłoczno a chaos się wzmaga. Postanawiamy znów udać się do informacji turystycznej, by porozmawiać z sympatyczną Albanką. Tam podejmujemy decyzję – jedziemy na samo południe Albanii, do Sarandy! Po drodze odwiedzimy Kruję, Tiranę, Dures. A może będąc w samej Sarandzie udamy się do Grecji, po to by „odhaczyć” kolejny, bałkański kraj na naszej trasie.

Meczet w Shkodrze

meczet w Shkodrze

Na ulicach Shkodra

Shkoder

Shkoder

Typowy sklep – magazyn

sklep Shkoder

W coraz większym upale opuszczamy Shkoder. Na wyjeździe z miasta znajduje się Twierdza Rozafa. Ta monumentalna ruina kusi nas z jednego powodu – wszystkie przewodniki zachwalają widok, jaki się z niej roztacza. Przy tak pięknej pogodzie, jaka właśnie się dla nas zrobiła, aż grzechem byłoby nie skorzystać. Sama Twierdza pochodzi z czasów iliryjskiego państwa królowej Teuty (III – II w p.n.e.), czyli jest dość wiekowa. Dla historii Albanii jest ważna również z innego względu. W XV wieku stacjonował tu oddział albańskiego bohatera narodowego – Skanderberga. Oczywiście oblegana była w tym czasie przez Turków i dopiero w 1479r. padła, jako ostatnie miejsce oporu na albańskich ziemiach. Ostatni raz pełniła swoja obronną rolę w 1913 roku, kiedy Turkowie prowadzili z niej obronę Shkodra przed wojskami czarnogórskimi. (za:  Stanisław Figiel, „Albania. Przewodnik”, Wydawnictwo Bezdroża, 2013)

Twierdza Rozafa

Twierdza Rozafa

Kiedy docieramy do twierdzy, okazuje się, że właśnie zwiedzają ją liczne, szkolne wycieczki.  Do środka ruin nie wchodzimy, lecz ze szczękami do kolan usiłujemy obfotografować to, co widzimy wokół nas. A jest bajkowo! Ośnieżone Alpy Albańskie, Jezioro Shkoderskie, Shkoder i jego okolice, Ołowiany Meczet (który akurat jest trochę zalany). Jesteśmy w pozytywnym szoku, że pogoda zmieniła się tak diametralnie.

Widoki z Twierdzy Rozafa…. BAJKA!

Shkoder i Alpy Albańskie

Shkoder

Shkoder

Blisko środka tej fotografii znajdziecie Blaszany Meczet

Blaszany Meczet

Żegnamy się z Twierdzą Rozafa i udajemy się drogą wiodącą do Tirany. Naszym celem jest Kruja, którą przewodniki rekomendują jako jedna z nielicznych miejsc w Albanii, gdzie można zakupić ciekawe i ładne pamiątki z tego kraju, a także rękodzieło artystyczne.

W Fushe – Kruje, które przecina droga SH-1 ze Shkodra do Tirany, odbijamy w stronę Kruji. Nie jest to takie proste, gdyż  na naszej trasie staje AUTOSTRADA. Tak, w Albanii mają takie cudo. Owszem, nie jest zbyt długa, bo i kraj do największych nie należy, urywa się dość nagle, występują na niej chwilowe braku asfaltu, pod prąd poruszają się po niej wszystkie możliwe pojazdy i generalnie nie przypomina tych typowo europejskich, do których jesteśmy już jakoś przyzwyczajeni. Przez autostradę gubimy odpowiedni zjazd na Kruję, ale ostatecznie udaje nam się poprawić ten nawigacyjny błąd. Przejazd przez Kruję na Nizinach dostarcza nam kolejnej porcji albańskich, drogowych wrażeń. Sformułowanie, by mieć oczy dookoła głowy, jest w tym momencie jak najbardziej adekwatne.

Sama Kruja nie należy do zbyt dużych miast, natomiast jest malowniczo położona na zboczach pasma Ligenit – Kruja.  Aby do niej dojechać, należy pokonać pełen serpentyn podjazd, wiodący przez zalesione, dające przyjemny cień, zbocza. Samo miasteczko to swoisty labirynt. Niby są drogowskazy, ale i tak można się całkiem mocno pogubić. Jakoś udaje się nam dotrzeć, tam gdzie chcemy i na dzień dobry jesteśmy kasowani 300 leków na parking. Stanowczo za dużo, jak na tutejsze realia.

Z parkingu trafiamy od razu na klimatyczny bazarek, który tak dokładnie opisują wszystkie przewodniki. Uliczka bazarowa, stylizowana na typowo turecki bazar, składa się z niewielkich sklepików i warsztatów tkackich, gdzie autentycznie można kupić wszystko: od typowego chińskiego badziewia, po kaszmirowe szale czy naczynia wykonane z drzewa oliwnego.  Ceny są bardzo zróżnicowane, ale jak na prawdziwym bazarze oczywiście można się targować. My lądujemy u wyjątkowo gadatliwego i roześmianego Albańczyka, u którego kupujemy misę z drzewa oliwnego dla moich rodziców, małą butelkę rakii (która po powrocie do Polski okazała się być najlepszą, jaką piliśmy), dużą butelkę koniaku Skanderberg oraz popielniczkę w kształcie bunkra dla rodziców Marka. Udało nam się wytargować całkiem dobrą cenę na te wszystkie zakupy, a w prezencie otrzymaliśmy jeszcze długopisy z flagą Albanii, które służą mi po dziś dzień. Tak czy inaczej sprzedawca swoje zarobił.

Kruja

Po zakupach udajemy się do Twierdzy. Na jej terenie znajduje się Muzeum Skanderberga oraz nieco poniżej, Muzeum Etnograficzne. My jednak nie jesteśmy zbyt wielkimi fanami muzeów i nie zaglądamy do nich. Teraz nieco żałuję, gdyż w 2013 moi rodzice odwiedzili Kruję i byli w obu muzeach. Twierdzili, że warto wydać tych kilka leków, na ich zwiedzanie. Cóż, może nadarzy się jeszcze jakaś okazja, by tam zawitać.

Kiedy spacerujemy po terenie twierdzy, zaczepia nas Albańczyk sprzedający jakieś tkane materiały. Zagaduje skąd jesteśmy i gdy słyszy, że z Polski, to bardzo się cieszy. „Wiecie, ja we Włoszech pracowałem z Polakami i bardzo ich lubiłem!” Stwierdził również, że nasi rodacy licznie przybywają w ten rejon Albanii w okresie czerwca i lipca. Trochę się zatem zdziwił, że dotarliśmy tu w kwietniu. Postanawiamy podpytać się go, co może nam polecić w tej okolicy. Oprócz muzeów, wskazał nam pasmo górskie, które dominuje nad miasteczkiem. Podobno od 6 miesięcy wiedzie na nie świeżutki i pachnący nowością asfalt. Oprócz tego, ze wzgórza roztacza się piękny widok, na prawie połowę Albanii. Chęć zobaczenia panoramy ze wzgórza o wdzięcznej nazwie Sarisalltikut, zwycięża nad wszystkimi innymi opcjami.  A nowa, albańska droga? Tego również musieliśmy doświadczyć na własnej skórze.

Jednak najpierw doświadczamy kompletnego zagubienia w Kruji. Oczywiście brakuje jakichkolwiek drogowskazów, które mogłyby nas wyprowadzić w góry. Zaczynamy pytać  miejscowych o drogę. Jedni z powodu bariery językowej, inni chyba z lenistwa nie bardzo chcą lub mogą nam wytłumaczyć, jak dojechać na wzgórze Sarisalltikut. Kiedy po przejechaniu czwarty czy piąty raz obok pomnika Skanderberga i przystanka minibusów, lądujemy znów przy jakiejś drodze wiodącej w dół, Marek stwierdza, że to bezsensu i usiłuje zawrócić Kiankę by ruszyć w stronę Tirany. Wtedy właśnie podjeżdża do nas Albańczyk z pytaniem, czy może nam jakoś pomóc. Tłumaczymy mu, że usiłujemy dotrzeć na wzgórze, jednak jakoś nam to nie idzie. Stwierdza, że pokaże nam drogę, tylko musimy za nim pojechać. Przez gąszcz uliczek wyprowadza nas na drogę, która wiedzie prosto na Sarisalltikut. Na dowiedzenia stwierdza: „Have nice time in Albania!!” Dla takich momentów naprawdę warto jest podróżować.

Na nowiutkiej drodze

droga na Sarisalltikut

Pniemy się wąską, górską ale gładką jak stół drogą. Ten nowy i pozbawiany chwilowych braków asfalt jest swoistym ukojeniem dla Kianki i dla nas. Do tego warto zaznaczyć, że trasa ta jest wyjątkowo urokliwa i widokowa.

Docieramy na samo wzgórze, gdzie znajduje się stacja przekaźnikowa i budynek straszydło. Jest tam też duży parking, na którym porzucamy zziajaną Kiankę. Natomiast widok, jaki rozpościera się ze wzgórza, ciężko opisać słowami. Po prostu jest tam pięknie. Czy widać połowę Albanii? Można uznać, że tak.

Idziemy na spacer wzdłuż grzbietu. Samą Kruję widać niemalże z lotu ptaka. Na jakimś bezimiennym szczyciku wypijamy piwo i medytujemy nad dalszym planem podróży. Kombinujemy, jak tu odwiedzić Grecję. Może nam się uda ta sztuka… Czas pokaże!

Kruja z lotu ptaka (Jeśli się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie, że na stadionie właśnie trwa mecz!)

Kruja

Panorama ze wzgórza

panorama na Albanię

oraz krótki filmik widokowy (lepiej wyłączcie dźwięk, jeśli nie chcecie słyszeć mojego mamrotania 😛 )

Wracamy do samochodu po kolejny piwko i siadamy nieopodal budynku straszydła. Nadchodzi „złota godzina” z zachodem słońca i zapadającym powoli zmrokiem. Marek dzielnie robi nocne zdjęcia, wykorzystując do tego „naturalne” statywy. Panuje dość spory chłód, dlatego ja zakopuję się w śpiworze, we wnętrzu Kianki.

Dziwadło

coś

Wieczorne impresje

Kruja

Albania

Wielka fabryka?

fabryka w Albanii

Kiedy powoli zasypiamy, wokół samochodu zaczynają kręcić się jacyś miejscowi. Ktoś puka w drzwi od mojej strony, doprowadzając mnie tym samym do lekkiego zawału. Jednak kiedy Marek wygląda na zewnątrz, nikogo nie ma. Duchy, czy co?

Advertisements

7 uwag do wpisu “Bałkany 2012. Część 15 – „Have nice time in Albania” Shkoder i Kruja

  1. Bardzo ładne zdjęcia. Ja niestety nie miałem w Szkodrze (nie Shkoderze – mówmy po polsku) tak ładnej pogody i widoki z Rozafy miałem dużo gorsze.

    Warto odwiedzić Kruję? Jak byś opisała to miasto? Bo z opisów, które do tej pory czytałem, wyłania się obraz miejsca, które raczej by mi się nie spodobało.

    • Zależy, czego wymagasz od odwiedzanych przez siebie miejsc. Jeśli chodzi o Kruję, to tak naprawdę warte zobaczenia jest ścisłe centrum, czyli uliczka bazarowa, twierdza i przyległości. Reszta Kruji to bloki i inne domy mieszkalne wszelkiej maści. Tak naprawdę dla mnie, bardziej niż Kruja, warte zobaczenia było wzgórze Sarisalltikut, skąd widok rzeczywiście jest niesamowity. Druga sprawa, że do Kruji specjalnie przyjechaliśmy też po jakieś albańskie suveniry, bo przewodniki dość jasno wskazują, że jest to jedno z nielicznych miejsc w tym kraju, gdzie można zakupić coś sensownego. Zatem Kruja owszem, ale ja bardziej od miasta polecam Sarisalltikut.

    • Rzeczywiście warto twierdzę odwiedzić, bo jak chyba widać na moich fotkach, widokowo jest tam super 🙂
      Natomiast jeśli chodzi o samą twierdzę, to się nie wypowiem, bo jej nie zwiedzałam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s