Bałkany 2012. Część 13 – Albanio welcome to!

Po krótkiej przerwie od bałkańskich relacji dziś zabieram Was do Albanii.

23.04.12 Poranek w Czarnogórze jest pogodny, lecz lekko pochmurny. Opuszczamy naszą leśną noclegownię i na przełęczy, od której rozpoczyna się widokowa część trasy wzdłuż Jeziora Szkoderskiego, jemy śniadanie. Jak na złość pasmo Rumiji, a także sama Rumija, są tego dnia pięknie widoczne. Przez chwilę rozważamy, czy nie spróbować jeszcze raz ataku szczytowego, jednak po analizie sytuacji wychodzimy z założenia, że jednak sobie odpuścimy kolejne podejście.

Konsumujemy śniadanie przy jednoczesnym kontemplowaniu widoków na Alpy Albańskie. Po posiłku idziemy na spacer wzdłuż grzbietu odchodzącego od przełęczy. Widoki na obie strony są rewelacyjnie. Widać Bojanę, morze i dość ciekawe, silnie zalesione i poprzecinane jarami wzgórze. Nas jednak ciągnie w jednym kierunku – do Albanii.

Widokowe śniadanie

Shoder i Alpy Albańskie

Alpy Albańskie

Alpy Albańskie, Shkoder

Podczas spaceru z przełęczy

czarnogóra

Wracamy do samochodu – słońce zaczyna przypiekać i chyba pierwszy raz podczas całego naszego dotychczasowego pobytu, czujemy na nas dotyk lata. Wsiadamy do Kianki i wyruszamy w stronę Vladimira, by w samej miejscowości zrobić jeszcze jakieś zakupy. Rezygnujemy jednak z tego pomysłu, gdyż jakoś ciężko jest się nam tam odnaleźć. Jedziemy prosto na czarnogórsko – albańską granicę. Żeby tradycji stało się zadość, oczywiście trasa do przejścia granicznego była w remoncie i na drodze nie uświadczyliśmy ani grama asfaltu. Upał plus jazda w tumanach kurzu nie jest tym, co lubimy najbardziej, ale przecież zawsze mogło być gorzej, np. mogłaby być ulewa.

Typowa, bałkańska droga na granicę

droga do czarnogórsko - albańskiej granicy

Przekraczanie granicy zajmuje nam wyjątkowo dużo czasu, gdyż panuje tam spory ruch i musimy odstać swoje w kolejce. Opieszałość pograniczników była dodatkowym elementem, który wpływał na czas oczekiwania. Przecież trzeba się przywitać z każdym znajomym, który przyjechał na granicę, należy z nim porozmawiać, pośmiać się itd. itd. W końcu dostępujemy zaszczytu i czarnogórski pogranicznik bierze od nas paszporty, które następnie przekazuje albańskiemu strażnikowi. Ten omiótł wzrokiem nasze dokumenty i jedynie machnął ręką, że możemy jechać.

W ten oto sposób znaleźliśmy się w Albanii. Szczerze mówiąc podczas planowania wyjazdu nie zakładaliśmy, że dotrzemy aż tutaj. Jednak pogoda, która przegoniła nas z Chorwacji i częściowo z Czarnogóry, skierowała nas jeszcze bardziej na południe. Dodam jeszcze, że byliśmy zaopatrzeni w przewodnik po Albanii, a wszystko dzięki kuzynce Marka – Kaśce (z bloga Kuchnia Pysznościowa), która już wcześniej przetarła albański szlak i bardzo zachęcała nas do odwiedzenia tego kraju. Mimo wszystko nie można powiedzieć, iż byliśmy w jakikolwiek sposób przygotowani na to, co zastaniemy w Albanii.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po przekroczeniu granicy, to panujący tu większy chaos niż w Chorwacji czy Czarnogórze. Ale największy „szok kulturowy” przeżyliśmy po wjechaniu do Shkodra – głównego w tej części Albanii miasta. Położone jest ono jakieś 15km od przekraczanego przez nas przejścia granicznego. Jednak wjeżdżając tam, poczuliśmy się, jakbyśmy znaleźli się w kompletnie innym wymiarze rzeczywistości. Jadąc główną arterią do centrum, poznajemy albański styl prowadzenia samochodu oraz zasady panujące na tutejszych drogach. Otóż, po pierwsze każdy jeździ w te stronę, jaką uważa za stosowną, czyli pod prąd, na ukos, na wstecznym. Ja mam wrażenie, że wszystkie samochody pragną rozjechać naszą Bogu ducha winną Kiankę. Oprócz tego wszędzie przepychają się skutery, rowery, trudne do zidentyfikowania dziwne pojazdy oraz piesi. Jednak najciekawsze w Shkodrze okazało się rondo w centrum miasta. Generalnie było to miejsce gdzie piesi i rowerzyści przemieszczali się w sobie tylko wiadomym kierunku, jakiś autobus skrócił sobie drogę i jechał przez rondo pod prąd. Część Albańczyków zrobiła sobie z ronda parking. Nad tym wszystkim usiłowała zapanować policja, jednak z dość marnym skutkiem. Sami, próbujemy jakoś się w tym wszystkim odnaleźć, ale moja pierwsza reakcja na to, co się tam działo, brzmiała tak: „Marek, uciekajmy stąd!” Cóż z perspektywy czasu, chce mi się z samej siebie śmiać!

Pierwsze zdjęcie w Shkodrze

Shkoder

Za pomocą szkicowej mapy z przewodnika usiłujemy się jakoś w Shkodrze odnaleźć. Nie jest to takie proste, gdyż w panującym chaosie ciężko wypatrzeć tabliczki z nazwami ulic. W końcu wjeżdżamy w drogę, wiodącą do stadionu, co ułatwia mi w zorientowaniu się na mapie. Porzucamy Kiankę na pierwszym, wolnym miejscu chyba postojowym i udajemy się do informacji turystycznej, do której udaje nam się odnaleźć drogowskazy.

Na szczęście, mimo kwietnia, informacja była czynna. Bardzo sympatyczna Albanka, posługująca się świetnym angielskim, z dużą cierpliwością odpowiadała na wszystkie nasze pytania. Interesował nas w szczególności rejon miejscowości Thet, leżący w górach Prokletije. Niestety Albanka rozwiała nasze nadzieje na dojechanie tam o tej porze roku Kianką. Proponuje nam kilka alternatyw jeśli chodzi o zwiedzanie Albanii, np. prom po jeziorze Komani. Niestety problem z nim jest taki, że samochody zabiera jedynie w sezonie, a teraz działa jako prom pasażerski. Poleca również inną, ciekawą miejscówkę w górach – Razem, do której również prowadzą strzałki z szalonego ronda w Shkodrze. Pytamy się również o jakieś miłe, nadmorskie plaże. Poleca nam te w Veliopoje oraz Shengjin. Decydujemy się wybrać w okolice pierwszej z wymienionych przez naszą informatorkę miejscowości.

Ważną rzeczą, jeśli chodzi o Albanię, jest również fakt, iż większość transakcji dokonuje się u nich za pomocą gotówki. Karta płatnicza jest tam mało użyteczna, w szczególności na północy kraju. Albanka wskazuje nam drogę do najbliższego kantoru, gdzie o dziwo, wymieniamy euro na leki po kursie takim, jaki spisałam z internetu przed wyjazdem z Polski. Inna sprawa, że kantory w Albanii są praktycznie wszędzie i to w dużych ilościach.

Wyjeżdżamy ze Shkodra i kierujemy się w stronę Veliopoje. Początkowo jedziemy nizinnym, zalanym wodą terenem, który poprzecinany jest licznymi kanałami. To, co pierwsze rzuca się w oczy, to ogromna ilość zwierząt, jaka hodowana jest w tym rejonie. Po pierwsze – owce, których liczne stada co jakiś czas blokują drogę. Po drugie – kozy, które biegają nawet po najbardziej stromym i trudnym terenie, ale również brodzą w wodzie czy obgryzają gałązki przydrożnych drzew i krzewów. Występują w różnych kompilacjach kolorystycznych, lecz moimi faworytkami stały się kózki o rudo – brązowym umaszczeniu. Po trzecie – konie. Jadąc do Veliopoje  obserwujemy jak dwa konie ganiają się po zalanej łące, rozbryzgując wokół siebie miliony lśniących w słońcu kropel wody. Wyglądało to jak kadr z jakiegoś filmu. Oczywiście aparatu nie było pod ręką, by uwiecznić tę piękną scenę. Po czwarte – świnie, które buszują w śmieciach, oczywiście taplają się w błocie i… śmierdzą. I po piąte – krowy. Te przedstawicielki świata zwierząt hodowlanych, brodzą majestatycznie wśród łąk lub dziarsko maszerują wzdłuż pobocza, poganiane przez zazwyczaj młodych pasterzy. Generalnie gdzie by nie spojrzeć, tam są mniejsze czy większe krowie stadka.

Pastwiska

albańskie pastwisko

albańskie krowy

Docieramy w końcu do Veliopoje. Na plaży walają się sterty śmieci, zaś na parkingu, na którym porzucamy Kiankę, miejscowi raczą nas lokalnymi, muzycznymi hiciorami, płynącymi wprost z charczących, samochodowych głośników. Wiecznie głodny Marek pochłania burki, jakie udało nam się zakupić w Shkodrze.

Decydujemy się pojechać dalej, aż do końca asfaltowej drogi i w ten sposób wyjeżdżamy na cypel. Aby dostać się na drugą stronę zatoki Keneta e Vilunit należy pokonać wąski mostek, który absolutnie nie nadaje się dla samochodu, nawet tak małego jak Kianka. Postanawiamy poszukać drogi, która według naszej mapy, miała prowadzić wzdłuż górskich zboczy. Drogę nawet udaje nam się znaleźć, lecz okazuje się być w trakcie przebudowy. Mimo wszystko postanawiamy pójść w ślady miejscowych, którzy dziarsko się po niej przemieszczali swoimi Mercedesami. Wyszliśmy z założenia, że może uda się gdzieś w tym rejonie znaleźć jakieś dogodne miejsce na plażowanie i ewentualny nocleg. Jedziemy dość wolno wśród gospodarstw i wszędzie witają nas mocno zdziwione miny tutejszych mieszkańców. Docieramy do końca drogi. Zamiast na pięknej plaży, lądujemy w jakimś bagnistym terenie, po którym ganiają się wyjątkowo zadowolone z życia świnie. Nawet próbujemy znaleźć jakieś dojście do morza, jednak bezskutecznie. Hmm nie o to nam chodziło.

Plaża?

bagno

Wracamy zatem do Kianki i cofamy się kawałek do miejsca, gdzie budowano drogę wiodącą prosto w stronę morza. W oddali widać było jakąś zmutowaną koparkę, która była w trakcie pasjonującej czynności, jaką jest rozwalanie bunkra. Zapomniałam oczywiście wspomnieć, że oprócz dużej ilości zwierząt, ważnym elementem albańskiego krajobrazu są bunkry. Różnej maści i rozmiarów, usytuowane w miastach lub np. w głębi skalistych, górskich zboczy.

Wielkie bunkry w wersji górskiej

Albania bunkry

Kiedy tak medytujemy nad losem koparki i bunkra, podchodzi do nas miejscowy chłopaczek. Marek pyta się go po angielsku, czy drogą tą dotrzemy do plaży. „Beach, Beach? Yes, yes!” No dobra, to jedziemy w stronę coraz bardziej rozwalonego bunkra. Gdy mijamy po drodze dwóch mężczyzn w średnim wieku, zatrzymują nas i tłumaczą po włosku, że droga się zaraz kończy i musimy zawrócić. Dobrze, że włoski język gestów jest tak sugestywny i uniwersalny.

Wracamy zatem remontowaną i przebudowywaną drogą. Decydujemy się pojechać do drugiej, rekomendowanej przez dziewczynę z informacji turystycznej, plaży w Shengjin. Marek patrząc na mapę wpada na pomysł, by pojechać skrótem. Sądził, że lokalnymi drogami szybciej dotrzemy do celu. No był to spory błąd. W Albanii zalecałabym trzymanie się bardziej głównych arterii komunikacyjnych, ponieważ reprezentują standard podobny do naszych rodzimych dróg.

Droga „skrót”

albańska droga

Jeśli ktoś, tak jak my, wybierze „skrót” prowadzący lokalnymi trasami, to będzie poruszać się z zawrotną prędkością 20km/h. Generalnie, na naszej drodze, asfalt stanowił może jakieś 20% nawierzchni. Reszta, to jakieś kamienie, błoto i gigantyczne wprost dziury. Szczęście było takie, że Kianka ma dość wysokie zawieszenie, a my nie posiadamy choroby morskiej i komunikacyjnej. Tocząc się z prędkością niezbyt szybkiego rowerzysty, docieramy do zalanego po jakiś większych opadach, odcinka drogi. Marek początkowo ma wątpliwości, czy Kianka da radę przejechać przez to małe bajorko, ale gdy kilka miejscowych samochodów pokonało bez problemu tę wodną przeszkodę, uznaliśmy, że i my damy radę. Kianka, jak na małą żabę przystało, przepłynęła, to znaczy przejechała przez tę większą kałużę bez większych komplikacji. Po ponad godzinie udało nam się pokonać ten 20kilometrowy skrót. Kiedy wyjechaliśmy na normalny asfalt, chyba nawet sama Kianka odczuła sporą ulgę.

Przejedziemy czy nie przejedziemy? Oto jest pytanie!

albańska droga

Docieramy do Shengjin. Miasto to można scharakteryzować jednym stwierdzeniem: bloki nad morzem. Wzdłuż wybrzeża stoi cała masa bloków i hoteli różnej maści i rozmiarów. W samym mieście raczej ciężko liczyć na jakąś dobrą miejscówkę na nocleg na dziko. Markowi udaje się wypatrzeć drogę, biegnącą ponad miastem i wiodącą w stronę morza, w kierunku północnym. Opcja jechania tam jakoś średnio przypada mi do gustu, lecz w końcu daję za wygraną. Migrena jaka mnie dopada sprawia, że powoli jest mi wszystko jedno, o ile nie będziemy zbyt dużo jeździć.

Przemierzamy w żółwim tempie gruntową drogę wypatrzoną przez Marka. Mijamy kolejne, budujące się hotele lub apartamentowce. Parkujemy w niewielkim, sosnowym lesie i Marek idzie na zwiady, by sprawdzić jak dalej wygląda droga. Wraca oznajmiając, że znalazł dogodne miejsce na nocleg, jakim był mały placyk obok sporego bunkra wykutego w skale. Miejscówka widokowa, bo położona na dość stromym i wysokim klifie. Pod wieczór mija nas kilka samochodów, wracających z połowu wędkarzy. Widać, że przyglądają nam się z lekką konsternacją wymalowaną na twarzach. Po tym dość intensywnym dniu szybko zapadamy w sen w naszym kiankowym camperze.

Jest godzina 1:20 w nocy. Koło Kianki staje spory, terenowy samochód, a nas budzi silne światło skierowane na szyby. Początkowo myślę, że to jacyś miejscowi postanowili nas „odwiedzić”. Później jednak dostrzegam w świetle reflektorów, że są to policjanci Kiedy okrążają samochód, słyszymy, że analizują nasze tablice rejestracyjne i trafnie zauważają, że jesteśmy z Polski. W końcu pukają w drzwi od strony pasażera, które otwiera im śpiący po tej części Kianki Marek.

Policjanci: Passport control!

Wręczamy im dokumenty. Po ich krótkiej analizie pada pytanie:

P: Mr Marek is a problem?

M: Yyy…no, no problem!

P: Mr Marek is ok?

M: Ok!

P: So goodnight!

Po czym panowie odjechali zostawiając nas silnie skonsternowanych tymi nocnymi odwiedzinami. W każdym razie mieliśmy później spore problemy z zaśnięciem.

Ten pełen wrażeń pierwszy dzień w Albanii nie dał nam pełnego obrazu tego kraju. Byliśmy trochę oszołomieni tym, co zastaliśmy na miejscu, a nocne spotkanie z policjantami tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że w tym kraju nie będziemy się nudzić!

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Bałkany 2012. Część 13 – Albanio welcome to!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s