Bałkany 2012. Część 6 – szalony dzień w Bośni i Hercegowinie

16.04.2012 Kolejny dzień na Bałkanach i znów deszcz. O tym, że wczorajszy wieczór był słoneczny, przypominają nam jedynie zdjęcia. Niebo zasnute jest przez ciężkie, szare i gęste chmury. Zaczynamy się powoli ogarniać, gdy pojawia się pierwszy autokar z pielgrzymami, którzy w ramach odwiedzania Medjugorie, zaglądają również tutaj. Przy okazji odkrywamy, że zaparkowaliśmy na punkcie widokowym. Brawa dla nas!

Widok z naszej noclegowej miejscówki

wodospady Kravica

Przenosimy się pod wiatę, gdzie szykujemy sobie śniadanie. Standardowo gotowanie wody na gazie, przygotowywanie jakiś mikstur typu chińszczan lub budyń z musli. Towarzyszą nam przy tym zaciekawione spojrzenia pielgrzymów, którzy również uznali, że podczas takiej pogodzie wiata to odpowiednie miejsce, żeby sobie posiedzieć.

Nagle podjeżdża na parking Bośniak małą ciężarówką. Zaparkował obok Kianki, po czym ruszył w naszą stronę pokrzykując coś i zawzięcie tłumacząc, że czegoś nie wolno robić. Zrozumiałam z tego tyle, że nie można parkować, a co dopiero spać na punkcie widokowym. Cóż, rychło w czas nas o tym informuje. Po drugie, kazał nam przenieść się z naszym śniadaniem w inne miejsce, gdyż jak się okazało był właścicielem bufetu, do którego przylegała wiata. Po tej tyradzie na chwilę gdzieś odjechał, a my w tym czasie szybko ewakuowaliśmy się z tego mało przyjaznego miejsca. Gdy już byliśmy po śniadaniu, poszliśmy pożegnać się z wodospadami Kravica. Jeżeli ktoś by chciał wziąć prysznic, to przy tej ilości wody jaka lała się z nieba oraz rozpryskiwana była przez wodospady, to miałby idealną ku temu okazję. My zaliczyliśmy prysznic w ubraniach, gdyż po jakiś pięciu minutach przebywania przy wodospadach, byliśmy przemoczeni do suchej nitki.

Duuuużo wody!

Kravica

Mokrzy wracamy do Kianki i wyruszamy w stronę naszego kolejnego, ważnego punktu wycieczkowego, czyli Mostaru. To miasto, położone nad Neretwą, uznawane jest, aczkolwiek nieformalnie, za stolicę Hercegowiny. Jego najbardziej znanym zabytkiem jest kamienny most, który zbudowany został już w 1566 roku. Niestety w trakcie wojny, w 1993 roku, został zburzony przez Chorwatów. Na szczęście most odbudowano w 2004 roku i znów stanowi on integralną część miasta.

Kiedy zjeżdżamy krętą, górską drogą do Mostaru, na jednym z zakrętów widzimy radiowóz policyjny. Okazało się, że nie stał tam sobie bez przyczyny. Kawałek poniżej drogi, w linii drzew, leżał autobus, z powybijanymi szybami i w ogólnie kiepskim stanie. Jak się później dowiemy z lokalnego radia wypadkowi uległ autobus wiozący studentów i uczniów. Zginęła jedna osoba, a wiele innych odniosło rany. Niestety wypadki się zdarzają, a nie trudno o nie na górskich, stromych drogach, gdy pada i jest mgliście.

Jesteśmy w Mostarze, gdzie bez problemu docieramy do starówki. Prowadzą do nie rozliczne, bardzo czytelne drogowskazy. Mijamy płatne parkingi, by zatrzymać się za darmo parę metrów od samej starówki. Woda leje się na nas z nieba, więc cieszymy się z posiadanego parasola, który już niedługo całkowicie zmieni swoje przeznaczenie. Póki co wędrujemy wąskimi uliczkami, wśród rozlicznych straganów. Kupujemy tam kilka pamiątek i prezentów dla znajomych. Co ciekawe można płacić w euro.

Uliczka i stragany w Mostarze

uliczka w Mostarze

Idziemy na most, na którym mijamy grupę przemokniętych Japończyków. Most po odbudowie prezentuje się naprawdę dobrze. Jego jedynym minusem w trakcie deszczu jest to, że staje się strasznie śliski. Fotografujemy go z różnych perspektyw i wyruszamy na dalszy spacer. Pada coraz mniej, więc od razu robi się nam lżej na sercach i przemokniętych ramionach. W jednym z budynków na starówce odbywał się pokaz zdjęć i filmów dotyczących czasów wojny w Mostarze, można było zobaczyć jak słynny most był wyburzany. Nie robiło to zbyt pozytywnego wrażenia, ale czasem dobrze pamiętać o trudnej historii danego regionu. Później, w małej knajpce posilamy się burkami, ja z serem i szpinakiem, Marek z mięsiwem.

Most w Mostarze

mos w Moastarze

Klimatyczne zabudowania w Mostarze

Mostar

Opuszczamy Mostar by udać się do miejscowości Blagaj. Wcześniej jednak słyszymy w radiu reklamę nowo otwartego centrum handlowego Mapas Mall, w którym reklamują MacDonalda. Znów mamy nadzieję na darmowe WiFi, więc postanawiamy odnaleźć reklamowane miejsce. Jadąc drogą na Sarajewo, usiłujemy wypatrzeć Mapas Mall. O dziwo udaje nam się ta sztuka i na azymut docieramy w jego rejon. Wokół panuje straszne zamieszanie, gdyż podziemny parking jest płatny, zatem wszyscy lokalsi kombinowali, jakby tu zaparkować, żeby nie zapłacić. Idziemy w ich ślady i stawiamy Kiankę w jakiejś uliczce, która dochodziła do centrum handlowego. Niestety moje przeczucie, że tutejszy MacDonald nie będzie miał WiFi, okazuje się być całkiem słuszne. Z zawiedzionym Markiem idę po zakupy do Konzuma. Kupujemy tam m.in. wina na prezent i inne smakołyki. Wracamy do Kianki i ponownie wyruszamy do miejscowości Blagaj.

Blagaj położony jest jakieś 15km od samego Mostaru. Z czego jest znany? Po pierwsze z uroczoego budyneczku przyklejonego do skał, zwanego Tekiją – Dom Derwiszów. Drugim ciekawym elementem Blagaja, jest źródło rzeki Buny, które wybija wprost z wnętrza góry. Przy niskim poziomie wód można wpłynąć łódkami do jaskini, z której wybija źródło. Jak się zaraz przekonamy, w kwietniu jest to absolutnie niewykonalne.

W samej miejscowości porzucamy Kiankę na parkingu obok informacji turystycznej. Pojawia się pewien jegomość, który oznajmia nam, że pobiera opłaty. Ponieważ nie posiadamy banów, pytam się, czy możemy zapłacić w euro. Początkowo rzuca kwotę 5EUR, później 2.5EUR, a na koniec bierze od nas po prostu 1.5EUR. Grunt to nie musieć się targować, jegomość zrobił to za nas.

Idziemy spacerkiem, jakieś 600 metrów do źródeł Buny oraz Tekiji. Wody jest tam tyle, że położone wzdłuż koryta rzeki knajpki są całkowicie pozalewane. Rzeka prezentuje się wyjątkowo groźnie, a samo źródło sprawia wrażenie, jakby chciało rozsadzić górę od środka. Gdy tam jesteśmy, mijamy oczywiście grupkę azjatyckich turystów (dlaczego mnie to nie dziwi?). Kiedy obserwujemy rzekę, zauważam na zboczu góry dwie małe kózki. Po zawołaniu, jedna z nich skwapliwie do mnie zeszła i elegancko zapozowała do kilku zdjęć.

Tekija i źródło rzeki Buny

Tekija i Buna

Wyjątkowo wezbrana Buna

Blagaj, rzeka Buna

Pozalewane knajpki

Blagaj

Blagaj

Kózka modelka

Kózka w Blagaju

Wracamy  do Kianki i ruszamy w drugą  stronę Balagaju, by zdobyć górujące nad nim ruiny zamku. W teorii mamy tam tylko 1km. Gdy zaczynamy piąć się do góry, ponownie wraca do nas deszcz. Choć nie mamy zbyt daleko do naszego celu, zawracamy .

Przez Stolac, w którym znajdują się rewelacyjnie położone ruiny zamku, kierujemy się z powrotem do Chorwacji, na przejście graniczne za miejscowością Orahov Do. Droga, która tam wiedzie jest naprawdę ciekawa. Najpierw wiedzie przez płaskowyż, który o tej porze roku jest zalany. Następnie staje się drogą wykutą w skale. Z bliżej nieokreślonych przyczyn mam przeczucie, że nie uda nam się przekroczyć granicy w tym miejscu. Położone na takim zadupiu przejście graniczne, obsługuje jedynie ruch lokalny. Ale panowie pogranicznicy nie byli zbyt zorientowani w temacie, gdyż najpierw wzięli od nas paszporty, wbili pieczątki, a dopiero później wpadli na to, że nie możemy w tym miejscu wjechać do Chorwacji.

Piękna drogą na nieprzekraczalną granicę 😉

droga do Orahov Do

Cóż, wracamy zatem piękną drogą, a Marek wymyśla „skrót”, do tego właściwego przejścia granicznego. W efekcie przejeżdżamy przez zaminowany teren, opuszczoną wioskę oraz pozalewane pola i drogi. Jednym słowem rewelacja. Ale co by nie mówić widoki mieliśmy naprawdę zacne. No i prawie nie padało.

W końcu jesteśmy znów na głównej trasie i znów zaczyna regularnie padać. Przejeżdżamy przez miejscowość Trebinje i zaczynamy zastanawiać się nad jakimś noclegiem. Gdy skręcamy w stronę przejścia granicznego Ivanica, zatrzymuje nas policja. Biorą od nas paszporty, zieloną kartę. Zaczynają obchodzić samochód dookoła. Proszą Marka, by wysiadł z samochodu i otworzył bagażnik. Następnie zaproszony jest przez jednego z policjantów do radiowozu. Ja mogę tylko obserwować wszystko z Kianki. Po kilku minutach Marek wpada do samochodu i stwierdza tylko jedno: „Uciekajmy stąd!”

Generalnie panowie policjanci chcieli wlepić nam mandat za brak zimowych lub całorocznych opon. Twierdzili, że należy je mieć w Bośni do 15 maja, ale z tego, co się później dowiedzieliśmy, taki obowiązek jest, ale do 15 kwietnia. Ponieważ byliśmy tam dzień po tym terminie, panowie liczyli na naszą naiwność. Co więcej opony należy mieć założone na samochód lub posiadać je w bagażniku, stąd właśnie zaglądali do niego. Cóż, nie trzeba być mistrzem dedukcji, by wywnioskować, że w Kiance raczej ciężko by było upchnąć nas, nasze bagaże i cztery opony.

Jak natomiast wyglądała rozmowa Marka z policjantem?

Policjant: Musicie zapłacić mandat w wysokości 25EUR. Zostawiacie mi dokumenty, następnie pojedziecie na komendę, gdzie zapłacicie i dostaniecie kwit. Później wracacie z nim do mnie, a ja oddaję wam dokumenty.

Marek: Ale my nie znamy tego miasta, nawet zbytnio mapy nie mamy. Jak my tam trafimy??

P: Hmm… to w takim razie poczekacie ze mną do 7 rano i ja z wami pojadę.

M: A co i gdzie mamy robić do tej 7 rano. My musimy jechać do Chorwacji. (dodam że była jakaś 18-19)

P: Hmm.. a skąd jesteście?

M: Poland

P: Holand?

M: No, Poland!

P: (machnął ręką) So go!

Cóż pewnie gdybyśmy jechali wypasioną Audicą lub innym Infinity, to mandat nie zostałby nam odpuszczony. Na szczęście niepozorna Kianka zapakowana po dach, nie wskazywała na zbyt dużą zasobność naszych portfeli. Z ulgą jedziemy w stronę Chorwacji. Stwierdzamy, że Bośni mamy jak na razie dosyć i za tego typu policyjne atrakcje dziękujemy.

Lądujemy na przejściu w Ivanicy, które położone jest 4km od Dubrownika. Jest już pełnoprawna noc, więc mamy piękny widok na rozświetlone w dole miejscowości. Pogranicznicy szybko i sprawnie nas przepuszczają. Jedziemy w stronę Dubrownika, gdy Marek postanawia odbić w drogę wiodącą w prawo, dość mocno pod górę. Wyprowadza nas ona na wzgórze Srd, na które z Dubrownika śmiga kolejka linowa. Parkujemy na czymś w rodzaju sporego parkingu/platformy widokowej. Rzeczywiście, widok mamy stamtąd bajkowy. Jedyny minus jest taki, że strasznie wieje i Kianką buja na prawo i lewo. O rozbiciu namiotu nie ma mowy, więc wybieramy opcję Kianka camper. Ta noc była wyjątkowo długa i męcząca.

Nocny widok na Dubrovnik

Dubrovnik by night

Nasza troszkę zwariowana trasa tego dnia

Advertisements

7 uwag do wpisu “Bałkany 2012. Część 6 – szalony dzień w Bośni i Hercegowinie

  1. Heh, mieliśmy identyczną sytuację z bośniacką policją. W drodze do Mostaru z górki jechało nam się nieco szybciej niż wymagane 50 (choć niewiele) 😉 i nagle halt!
    -Musicie jechać na policję zapłacić 25 euro! (co ciekawe pierwszą cenę podał w kunach chorwackich (?!))
    -Ale my nie wiemy gdzie jest komenda..
    -Jechać na policję!
    -I tak bez dokumentów mamy jechać?
    -Inaczej się nie da..
    …po kilku minutach jałowej dyskusji…
    Ok, ok, go…
    Zaoszczędzone euro wydaliśmy na kolację w Mostarze 😉

    Ciekawa relacja i zdjęcia, pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s