Bałkany 2010. Część 19 – długi dzień w Sinjajevinie

23.09.10 Poranek jest chłodny, lecz tym razem bez przymrozku. Znad Durmitoru nadciąga gęsta mgła przysłaniająca słońce, które ledwo co wychyliło się zza wzgórz. Według GPSa do Rużicy mamy jakieś 20km.

Mgliście

mglista Sinjajevina

Sinjajevina i mgła

Przed wyruszeniem w drogę, Tomasz usiłuje zdobyć wodę, co w tej okolicy wcale nie jest takie łatwe i oczywiste. Generalnie mieszkańcy albo przywożą wodę w dużych pojemnikach, albo doprowadzona jest do domów jakimiś rurami, lecz nie leci jej zbyt wiele.

Na drodze

Sinjajevina

Przydrożny katun

katun Sinjajevina

Po paru kilometrach marszu zostawiamy mgłę daleko z tyłu i w piekącym słońcu wędrujemy po asfalcie. Na szczęście po ok. 5km zaczyna się szuter, dzięki czemu idzie się odrobinę lepiej. Gdy tak wędrujemy, nagle Tomasz mnie zatrzymuje i wyciąga butelkę, którą miałam przytroczoną z boku plecaka. Okazało się, że woda pod wpływem słonka zrobiła się uroczo zielona. Wściekli, że cały nasz zapas wody jest w glonach, musimy pomyśleć o jej zdobyciu. Tomasz kolejny raz udaje się do jakiś domostw, gdzie po dłuższej chwili napełnia nasze butelki.

Z zapasem wody docieramy do odbicia szlaku na katun Gomile. Droga wznosi się przez chwilę ku górze, by po pewnym czasie wyjść z ocienionego lasu wprost na typowe, sinjajevińskie widoczki. W Gomile jest raptem kilka domów i nie udaje nam się spotkać żadnego tubylca. Od czasu do czasu napotykamy oznaczenia szlaku, jednak zazwyczaj pojawiają się na krzyżówkach dróg. W sumie dobre i to. Upał robi się coraz większy, a nasza droga coraz mocniej odbija w prawo. Mijamy krzyżówkę, gdzie na kamieniu widnieje napis Lipowo, lecz kropki idą dalej w stronę odludzia. Druga droga wiedzie do jakiegoś nieznanego nam katuna. Stwierdzam, że jak do tej pory szlaki nas nie zawiodły, więc może warto się go trzymać. Tomasza korci, by iść do katuna i wziąć wodę, jednak koniec końców idziemy po szlaku.

Dochodzi południe, a nam udaje się znaleźć skrawek cienia – siadamy w ruinach dawnego katuna. Jemy drugie śniadanie i dajemy ochłonąć naszym przegrzanym termostatom. Gdy wyruszamy w dalszą drogę, dołącza do nas śliczna, siwa klacz. Trzyma się trochę na dystans, ale idzie równym tempem z nami.

Sinjajevińskie widoczki

Sinjajevina

SONY DSC

Ruiny dające cień

ruiny Sinjajevina

Tomasz i szara klacz

Tomasz, klacz i Sinjajevina

Nagle Tomasz wyciąga GPSa i stwierdza „Rude… dlaczego od 2h GPS pokazuje, że mamy 10km do celu? Gdzie my ku**a jesteśmy??” No na pewno nie staliśmy w miejscu. Cóż, siadamy nad mapą i analizujemy nasze położenie. W tym czasie opuszcza nas piękna klacz, która znudziła się naszym niezdecydowaniem. W końcu porównując ślad z GPSa z mapą odkrywamy, że zaczynaliśmy robić jakieś gigantyczne koło, które wcale nie przybliżało nas do celu. Cóż wczoraj Tomasz wybierał złe drogi, dziś ja. Rachunki się wyrównały.

W końcu odnajdujemy ścieżkę, która kierunkowo zgadzała się z mapą i logiem z GPSa. Nie cieszymy się nią zbyt długo, gdyż kończy się w jakimś opuszczonym katunie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zdobywamy niewielkie wzniesienie, na którym usypany jest spory, kamienny kopczyk. Roztacza się stamtąd niesamowity widok na Sinjajevinę. Dostrzegamy również drogę, która wije się aż po horyzont. Postanawiamy udać się nią dalej. Po pewnym czasie z szerokiej drogi zmienia się w ścieżkę, ale doprowadza nas do wyjątkowo gościnnego katuna Petera i jego rodziny. Na dzień dobry dostajemy zimną rakiję i jeszcze zimniejszą wodę. Połączenie z lekka zabójcze, ale jakże podniosło nasz podupadłe i zmęczone morale! Żona Petera robi nam przepyszne kanapki z kajmakiem. Ja zaprzyjaźniam się w tym czasie z przeuroczym szczeniakiem – mieszkańcem katunu. Na pożegnanie robimy sobie wspólne, pamiątkowe zdjęcie i bierzemy dane adresowe od gospodarzy, by po powrocie do Polski wysłać im fotografię. Tomek daje Peterowi mapę Czarnogóry, z czego nasz gospodarz jest bardzo zadowolony.

Przestrzeń gór

Sinjajevina

Sinjajevina

W katunie

katun Sinjajevina

Ze szczeniakiem

ruda i szczeniak

psiak

W szampańskich, tudzież rakijowych nastrojach idziemy w stronę Rużicy. Czas mija nam szybko i błogo. Po około 2h docieramy do znanego nam już kościółka. Powoli zapada już zmierzch, a niebo nad Sinjajeviną staje się różowe. Noc jest bardzo ciepła, a pełnia sprawia, że góry są pięknie oświetlone.

W drodze do Rużicy

droga Sinjajevina

Rużica wieczorna

Rużica

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Bałkany 2010. Część 19 – długi dzień w Sinjajevinie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s