Bałkany 2010. Część 16 – z Sinjajeviny w Durmitor

20.09.10 Całą noc nad Sinjajeviną szaleją burze. Dzięki temu, że rozstawiliśmy namiot pod wiatą, nie odfrunęliśmy w siną dal.

Poranek nie wita nas pięknym wschodem słońca, lecz wszechogarniającą, oblepiającą wszystko mgłą i przenikliwym zimnem. Nie nastraja nas to zbytnio optymistycznie, w szczególności, że przypominamy sobie słowa gospodyni w odwiedzonego przez nas wczoraj katunu. Gdy w Sinjajevinie jest deszcz i mgła, lepiej po tych górach nie wędrować. Rzeczywiście, w takie dni jak ten, nawigowanie w tym regionie jest zasadniczo niemożliwe lub po prostu silnie utrudnione.

Mgliście

Tomasz we mgle

Rużica we mgle

Zamarzamy przygotowując śniadanie i postanawiamy opuścić Sinjajevinę i udać się w Durmitor. Schodzimy do miejscowości Rużica, gdzie napotkany przez nas pasterz tłumaczy nam jak dotrzeć do miejscowości Bistrica. Doskonale go rozumie, gdyż pięknie mówi po serbsku, który Polakom nie powinien przysparzać większych kłopotów. Przez chwilę pasterz nas odprowadza i dalej idziemy już sami. Mgła jakoś nie ma ochoty się zmniejszyć. Docieramy do kolejnego katuna. Tam zaglądamy do małego, białego domku, by dopytać się o dalszą drogę. Z domu wychodzą dwie, uśmiechnięte od ucha do ucha, starsze panie, a radosnym okrzykiem: „Turista!!!” Po tym jak pytamy się o zejście do Bistricy, zostajemy zaproszeni do domu na ucztę. Oprócz kawy, dostajemy wyciągnięty z pieca, świeżuteńki chleb, do tego kajmak (owczy ser, podobny trochę do naszego bundzu , o konsystencji masła), biały ser i pieczone ziemniaki. Oboje z Tomaszem żałujemy, że wcześniej zjedliśmy po zupce chińskiej, która nie umywała się do tutejszych specjałów. Nie chce nam się opuszczać tego jakże przyjemnego miejsca, ale kolejne góry czekają. Na pożegnanie robimy sobie z paniami pamiątkowe zdjęcie i ruszamy w dół.

W gościnnym katunie

ruda, katun, Sinjajevina

Tak powstaje KAJMAK

SONY DSC

Mgła zaczęła się powoli unosić. W kolejnym katunie ponownie dopytujemy się o drogę i stromą, dobrze oznakowaną ścieżką wędrujemy dalej. Droga początkowo wiedzie dnem strumyka, który o tej porze roku jest wyschnięty. Idąc tam w deszczu trzeba uważać na śliskie kamienie i korzenie.

Do Bistricy docieramy po 2h dość szybkiego marszu. Na drodze przelotowej z Mojkovaca do Żablijaka usiłujemy złapać stopa. Po kilku nieudanych próbach zatrzymujemy busa, którego kierowca jedzie do miejscowości położonej przed Żablijakiem. Mkniemy po bardzo krętej drodze, wzdłuż malowniczego Kanionu Tary. Nagle nasz kierowca wyciąga ze schowka paluszki i nas nimi częstuje. Zastanawiamy się, czy wyglądamy na jakiś niedożywionych.

W oczekiwaniu na autostop

Bistrica

Po chwili dalszej jazdy zatrzymujemy się na poboczu i nasz kierowca pokazuje nam jakąś ścieżkę w dół. Na początku nie chcemy zostawić go samego z naszymi bagażami. Kierowca rozumiejąc nasze obawy, schodzi z nami i docieramy do wiszącego nad Tarą mostka. Kanion jest wyjątkowo malowniczy.

Kanion Tary

Kanion Tary

mostek na Tarze

Ruszamy w dalszą drogę, przejeżdżając przez skalne tunele. Następny postój mamy przy słynnym moście na Tarze. Chwila dla fotoreporterów i jedziemy dalej do Żablijaka. Gdy jesteśmy niecałe 10km od naszego celu, kierowca busa stwierdza, że może padać, więc podrzuci nas do centrum Żablijaka. Autostop połączone ze zwiedzaniem i to za darmo. Da się? Da!

Most na Tarze

most na Tarze

Jesteśmy w Żablijaku, który można porównać do takiego Zakopanego Durmitoru. Siadamy w knajpie na piwie i przez dwie godziny medytujemy nad jakimś planem. Postanawiamy zbunkrować się na jakimś polu namiotowym, by przeczekać na rozwój pogodowy. Niestety informacja turystyczna jest zamknięta na cztery spusty. Widać, że jest mocno po sezonie, gdyż Żablijak świeci pustkami. Po drodze na camping Ivan Do kupujemy mapy Durmitoru w budce jakiejś agencji zajmującej się wycieczkami i spływami na Tarze. Idąc dalej, mijamy grupę turystów, którzy słysząc, iż mówimy po polsku, stwierdzają: „O! Wreszcie jacyś normalni turyści.” Hmmm… ciekawe.

Docieramy do campingu Ivan Do. Kręci się tam parę osób, ale nijak nie możemy się dopatrzeć kogoś, do kogo cały ten majdan należy. W oczekiwaniu na właściciela otwieramy po puszce „Niekrzycza” i zaprzyjaźniamy się z lokalnymi psami, a w szczególności z kotami. Powoli jednak zniecierpliwienie wzięło górę i zaczynamy dopytywać się ludzi na campingu ile kosztuje rozstawienie namiotu. Z Niemcami jakoś nie udaje mi się dogadać, a dowiaduję się tylko, że przyjechali z daleka. No.. bardzo odkrywcze.

Mamy też campingowych Czechów, czterech gości, którzy tak samo jak i my chcieli się dowiedzieć, ile kosztuje nocleg. W końcu dostąpiliśmy zaszczytu i pojawił się właściciel. Koszt noclegu od osoby – 3EUR. Jest ciepła woda, prysznice, więc wszystko to, co zmęczonemu człowiekowi do szczęścia potrzebne. Rozstawiamy namiot, gdzie później leżakuję z kotem o czym pisałam we wpisie Bałkany=Koty.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Bałkany 2010. Część 16 – z Sinjajeviny w Durmitor

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s