Listopadowe Tatry

Podhale we mgle
Nie samymi Bałkanami żyje człowiek. Dlatego też wprowadzam na bloga nowy element – relacje i wspomnienia niebałkańskie. Dziś zabieram Was ze sobą w Tatry. Są to moje ukochane góry, które znam od dziecka. Najpierw poznawałam je z pleców moich rodziców, gdy targali mnie ze sobą w nosidełkach. Później stawiałam w Tatrach swoje pierwsze krok, poznawałam pierwsze szczyty, przeżywałam pierwsze burze. A dalej…a dalej po prostu byłam od Tatr uzależniona i każdy rok bez choćby jednego wypadu w te cudowne góry, był rokiem straconym.

W pierwszy, listopadowy długi weekend wraz z Markiem oraz Kianką wyruszyliśmy na południe, by znów odwiedzić skalne królestwo Tatr.

1.11.13 Wieczorem dnia poprzedniego przyjechaliśmy do moich rodzinnych Kielc. Zawsze jest stąd bliżej w góry, niż z Warszawy.

O godzinie 4 dzwoni budzik, niemiłosiernie przypominając nam, że mamy jak najszybciej wyruszyć na trasę, by nie trafić na największy ruch przy cmentarzach (głównie chodziło nam o jak najszybsze przejechanie przez Kraków). Sprawnie i po ciuchu, by nie obudzić moich rodziców, zbieramy nasze graty, plądrujemy lodówkę i pakujemy się do zmarzniętej Kianki. Na drogach panuje cisza, spokój i pustka. W okolicach Krakowa zaczyna powoli świtać. Przed Nowym Targiem obserwujemy przetaczające się nad Podhalem niesamowicie fotogeniczne mgły. Do Jurgowa – naszej bazy noclegowo – wypadowej docieramy chwilę po 8.

Mgły nad Podhalem
Droga do Nowego Targu

Droga do Jurgowa

SONY DSC

Na miejscu mieliśmy się spotkać ze znajomymi, którzy w Tatrach przebywali od środy. Jednak jak się później okaże, tego samego dnia, z powodów kontuzyjnych, wrócą do stolicy.

Ponieważ część ekipy nam się wykruszyła, postanowiliśmy zrobić nieco dłuższą trasę niż planowaliśmy, w szczególności, że pogoda była wprost wymarzona. Zostawiamy samochód w Łysej Polanie, na darmowym parkingu po słowackiej stronie. Półtora kilometra marszu i jesteśmy przy parkingu w Palenicy, gdzie cały dzień na parkingu kosztuje 20zł.

Nieszczęsnym asfaltem do Morskiego Oka docieramy do Wodogrzmotów Mickiewicza, skąd odbijamy w Dolinę Roztoki i zaczynamy wietrzną wędrówkę do D5SP. Na szlakach pustki. Aż dziw bierze, że w długi weekend jest tu tak mało ludzi. Z drugiej strony, Święto Zmarłych jest momentem spotkań rodzinnych, więc sporo osób jest wtedy z najbliższymi. Zapewne za tydzień, podczas niepodległościowego długiego weekendu w Tatrach będą tłumy.

Doliną Roztoki idzie się całkiem przyjemnie. Momentami tylko wiatr usiłuje nas zdmuchnąć ze szlaku, ale dzielnie stawiamy mu opór.

W Dolinie

Z Doliny Roztoki

Do schroniska w Pięciu Stawach docieramy czarnym szlakiem. Gdy byłam młodsza, strasznie nie lubiłam tego odcinka drogi. Teraz w sumie nie wiem dlaczego, bo szło mi się nim naprawdę przyjemnie. Pominę tylko huraganowy, cholernie zimny wiatr na samym końcu wędrówki.

W schronisku panuje błogi spokój i cisza. Jest kilka osób, ale każdy zajęty jest swoimi sprawami. Przez 40 minut próbujemy się rozgrzać i trochę posilić, zastanawiając się, co tu dalej zrobić. W końcu postanawiamy przejść z Doliny przez Świstówkę do Morskiego Oka, w którym Marek nie był od bardzo dawna. Jedynym minusem tego planu było zejście asfaltową drogą z Moka do Kianki, ale postanowiliśmy się tym zbytnio nie przejmować. W szczególności, że widoki w Piątce były coraz bardziej imponujące.

W końcu opuszczamy schronisko i idziemy na spacer po dolinie. Wiatr dalej sobie szaleje, za to co chwile słońce wraz z chmurami tworzy niesamowity, świetlny spektakl.

W Dolinie Pięciu Stawów

Marek nad Wielkim Stawem

Iluminacja

Skrzyżowanie

Kozi

Grań

Wracamy do schroniska i niebieskim szlakiem ruszamy w stronę Świstówki. Słońce mocno nam przyświeca, wiatr znów usiłuje nas zdmuchnąć, a widoki utwierdzają nas w przekonaniu, że wybór tego rejonu Tatr był strzałem w dziesiątkę.

W drodze do Morskiego Oka

w drodze na Świstówkę

Iluminacja w pełni

Iluminacja Pięciu Stawów

Na drodze

SONY DSC

Warstwowo

SONY DSC

Rejon Morskiego Oka jest już w cieniu. Droga zejściowa do schroniska ciągnie się nieubłaganie. Powoli zaczynam czuć moje prawe kolano, które od czasu do czasu lubi sobie pomarudzić.

Rysy

ruda fotograf

DCIM100GOPRO

W schronisku w Moku jakiś armagedon. Ludzi jak mrówków, a do tego większość przybyła tam z małymi dziećmi. Na początku myślałam, że to jakaś zorganizowana grupa rodzin z maluchami, ale później okazało się, że to taki zbieg okoliczności, że się ich tyle w jednym miejscu zebrało. Siedzimy tam dosłownie parę minut, w szczególności, że zaczyna się powoli ściemniać, a po drugie zamieszanie jakie panuje w jadalni jest mało przyjemne.

Asfaltem do Palenicy idziemy na tyle szybkim tempem, że wyprzedzamy wszystkie mijane na drodze osoby. Od Palenicy dopada nas kryzys, gdyż wiemy, iż do Kianki mamy jeszcze półtora kilometra. Rozważam złapanie stopa, ale jak na złość samochody nie jeżdżą ze zbyt dużą częstotliwością. W końcu docieramy do Kianki, robimy jeszcze małe zakupy w słowackim sklepie i wracamy do Jurgowa.

To był długi dzień, ale nie możemy powiedzieć, iż zmarnowaliśmy choćby minutę.

02.11.13 Prognozy dla Tatr są różne. Może trochę padać i być pochmurno. Po wczorajszych ponad 30km po górach i częściowo asfalcie, czuję kolano i niektóre mięśnie. Z racji Zaduszek postanawiamy udać się na Symboliczny Cmentarz Ofiar Tatr, który znajduje się nad Popradskim Plesem na Słowacji. Był to o tyle dobry plan, że nie wymagał Bóg wie jakiego wysiłku.

Jedziemy z Jurgowa przez Zdiar, Tatrzańską Łomnicę i Smokovce aż do Strbskiego Plesa. Tam zostawiamy Kiankę na niestety płatnym parkingu i wyruszamy w stronę Popradskiego Plesa. Na czerwonym szlaku panuje wyjątkowy ruch. W porównaniu z dniem wczorajszym, na Słowacji są po prostu tłumy, mimo że pogoda nie jest zbyt pewna. Góry częściowo są przykryte przez chmury i panuje dość duża wilgotność. Docieramy do miejsca, gdzie czerwony szlak trawersuje skaliste zbocze, a zielony odchodzi nieco bardziej w głąb lasu. Wybieramy szlak zielony, na którym panują pustki. Idzie się nim dłużej, ale znacznie przyjemniej z racji panującego tu spokoju. Docieramy do asfaltu, którym kierujemy się w lewo i dochodzimy nad Popradskie Pleso. Tam robimy sobie krótki popas, podczas którego obserwujemy miejscowego kota i miejscowego psa, którzy ganiają się nad brzegiem jeziora. Efekt tych działań możecie zobaczyć poniżej 😉

Jak pies z kotem

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Pogoda jest mało sprzyjająca, więc nie decydujemy się wchodzić na Osterwę, gdyż przewalały się przez nią dość gęste chmury. Idziemy wzdłuż jeziora do Symbolickiego cintorinu. Tak o tym miejscu pisze Józef Nyka w swym przewodniku po Tatrach:

„Pomysł wysunął w r. 1922 malarz i miłośnik gór, Otakar Stafl. Zrealizował go (…) w latach 1936-40, oficjalne otwarcie odbyło się w sierpniu 1940. Zaczęto od zgromadzenia tablic pamiątkowych z różnych okolic Tatr, z czasem zaczęły przybywać nowe. Statut dopuszcza upamiętnianie osób, które zginęły w innych górach. Motto cmentarzyka brzmi: „Martwym na pamiątkę, żywym ku przestrodze.

Wokół murowanej kapliczki proj. R. Vosyka, wzorowanej na spiskich kaplicach ludowych, poumieszczane są na głazach tablice upamiętniające ludzi, którzy Tatrom oddali życie, m.in. Klimka Bachledę, Wiesława Stanisławskiego, Witolda Wojnara, Jana Długosza (…).”

Nyka J. (1994) Tatry – przewodnik. Warszawa: Wydawnictwo Trawers, s. 383.

Oprócz wyżej wymienionych osób, znajdziemy również tablice Kukuczki, Wandy Rutkiewicz czy Piotrka Morawskiego. Spacer wśród tablic przypominających o losie ludzi, którzy kochali góry i oddali w nich swoje życie, daje naprawdę sporo do myślenia i uczy pokory.

Na cmentarzu

Symboliczny Cmentarz

Tablice

Jan Długosz

Dłonie

Tablice

Klimek Bachleda

Opuszczamy to miejsce zadumy i zaczynamy powoli wracać do Strbskiego Plesa. W trakcie wędrówki zaczyna siąpić deszcz, a chmury schodzą na tyle nisko, że oprócz mijanych drzew, nie widzimy kompletnie nic.

Las mglisty Słowacja

Tup tup do Strbskiego Plesa

Opuszczamy Tatry Słowackie i wracamy do Polski, by w Zakopanym odwiedzić jeszcze jeden, ważny cmentarz, a dokładniej Cmentarz na Pękswoym Brzyzku. Jak zwykle najwięcej zniczy paliło się na grobie Kornela Makuszyńskiego, Chałubińskiego, Sabały czy księdza Stolarczyka.

W drodze powrotnej, na Strednicy Kianka pozowała nam

SONY DSC

SONY DSC

Zakopane, o dziwo, nie jest aż tak zatłoczone jakby się mogło wydawać po ilości stojących wszędzie samochodów. Po krótkim spacerze opuszczamy jednak to miasto i wracamy do cichego i spokojnego Jurgowa.

3.11.13 Mimo fatalnych prognoz, rano nie pada, a z okien naszej kwatery widać Tatry. Jemy śniadanie, pakujemy się i wyruszamy na spacer na Górkowy Wierch. Znajduje się na nim kompleks narciarski, z którego w zimie, żyje spora część Jurgowa. Widoki, jakie się z tego wierchu roztaczają, są naprawdę genialne. Akurat tego dnia panowała ogólna szarość, ale mimo wszystko można było nacieszyć się Tatrami od Hawrania i Murania aż po Giewont. Dopiero, gdy schodzimy do Kianki, chmury wiszące nad górami zaczynają obniżać swój pułap i po paru chwilach góry zniknęły. Grunt to odpowiednie wyczucie czasu.

Jurgów

Tatry

Przez Słowację jedziemy w stronę Piwnicznej, a dalej już przez nasz cudowny kraj wracamy do domu. Ruch na drogach był spory, lecz mimo wszystko nie utknęliśmy w żadnym korku.

W drodze powrotnej

SONY DSC

Podsumowując był to wyjazd dość lajtowy, trochę sentymentalny i na pewno widokowy. A w ten długi weekend jedziemy nad morze!

2 uwagi do wpisu “Listopadowe Tatry

    • Dla mnie w sumie pierwszymi górami były oczywiście Świętokrzyskie, co się rozumie samo przez się jeśli jest się z Kielc 😉 Natomiast Tatry zawsze były mi bliskie i takie już pewno pozostaną!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s