Bałkany 2010. Część 7 – Długie dwa dni w Rile

8.09.2010 Poranek wśród gór jest dość rześki, lecz słoneczny. Zwijamy nasze obozowisko i schodzimy do schroniska Maljowica, gdzie przygotowujemy sobie śniadanie. Czas umila nam szczeniak, który należy do jednego z pracowników schroniska. Koło 10 wyruszamy na szlak.

Początkowo nasz szlak wznosi się dość stromo wśród kosodrzewiny, w kierunku jeziorek. Po drodze spotykamy Bułgarkę, która pyta się nas o dzisiejsze plany. Gdy mówimy, iż zmierzamy do Ribni Ezera, stwierdza, że daleka droga przed nami. Przy jeziorze Straszneto Ezero robimy postój na ponowne opatrzenie mojej nogi. A co mi się stało? Otóż moje ukochane Meindle po deszczowej kąpieli na „małych stożkach usypiskowych” w Pirynie nieco się zdeformowały od środka. W efekcie obtarły mi jedną nogę do żywego mięcha. Do tego wszystkiego, każdy opatrunek po kilku krokach zwijał się i noga uszkadzana była coraz bardziej. Generalnie, nic przyjemnego.

Po odpoczynku i założeniu kolejnego opatrunku, idziemy malowniczą, trawersującą drogą do schronu Kobilno Braniszte. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy na trasie tej spotykamy naszych „starych znajomych”, czyli grupę krakowskich turystów z ich charakterystycznym panem przewodnikiem, których wcześniej widzieliśmy w Pirynie. W naszą stronę padają słowa zachwytu, że jak my możemy z takimi ciężkimi plecakami chodzić i w ogóle. Krakusy chodzą na lekko, gdyż nie nocują w górach. Mijamy się z nimi i każdy idzie w swoją stronę.

Koło schronu robimy sobie krótki popas. W miejscu tym przewija się sporo turystów, gdyż łączy się tu kilka szlaków, w tym szlak do Rilskiego Monastyru.

Po odpoczynku czeka nas zdobywanie kolejnej trawiastej kopki mającej 2600m n.p.m. Słońce przypieka dość mocno, mimo że jest już w okolicach godziny 16. Widoki są świetne i dostrzegamy nasz główny cel – Musałę,  czyli najwyższy szczyt Bałkanów. Ale na tę górę przyjdzie jeszcze czas, z pewnością nie dziś. Zaczynamy powoli schodzić z trawiastej kopki i naszym oczom ukazuje się Ribni Ezera. Najpierw docieramy do doliny, a następnie podchodzimy do samego schroniska. Widoki są owszem, piękne, ale po całym dniu wędrówki, zmęczenie dość mocno daje się we znaki.

Gdy docieramy do Ribni Ezera naszym oczom ukazuje się grupa 20 bułgarskich żołnierzy. Przez chwilę zastanawiamy się, czy w ostatnim czasie nie wydarzyło się coś, o czym powinniśmy wiedzieć, np. jakiś stan wojenny w Bułgarii lub coś w ten deseń. Okazuje się jednak, że panowie są na jakimś szkoleniu i w Europie nie dzieje się nic złego.

Próbujemy zlokalizować kogoś z obsługi schroniska, lecz sztuka ta niestety nam się nie udaje. Zagadujemy trójkę siedzących przed schroniskiem Czechów o możliwość rozbicia namiotu. Jak się okazuje, wiedzieli tyle, co i my, czyli nic. Koniec końców odnajduje się gość z obsługi i pozwala nam rozstawić namioty obok jeziorka, sprzedaje nam piwo Kamienitza oraz bochenek chleba. Z ulgą przyjmujemy fakt, iż nie musimy korzystać z oferty noclegowej tego miejsca. Schronisko jest wyjątkowo odstraszające.

Wieczór upływa nam na konsumowaniu wykwintnego dania jaki był makaron z sosem pomidorowym oraz na kontemplowaniu widoków. Mnie humoru psują moje buty oraz rany na stopach, które skutecznie mogą utrudnić mi dalszą wędrówkę.

W drodze do schroniska Maljowica

SONY DSC

©

Tomasz i jego nowy kumpel

SONY DSC

Na szlaku

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

ruda na kamieniu

SONY DSC

Na szlaku ciąg dalszy

SONY DSC

SONY DSC

Schron Kobilno Braniszte

Kobilno Braniszte

W drodze do Ribni Ezera

Riła

Ribni Ezera

SONY DSC

Ribni Ezera już tuż tuż

SONY DSC

09.09.2010 Budzimy się jak zwykle dość wcześnie rano. Zarówno w namiocie, jak i na zewnątrz panuje nieznośny zaduch. Jemy śniadanie, zwijamy namiot. Kiedy Tomek szedł uzupełnić zapasy wody, Czesi ostrzegli go, by nie zaglądał do schroniska, gdyż gość z obsługi skasował ich za obozowanie – 3 levy od osoby i 3 levy za namiot. Mimo naszych starań związanych z szybką ewakuacją z tego dziwnego miejsca, mało ogarnięty pracownik schroniska sam się do nas pofatygował. Oczywiście zaczął od tego, że musimy mu zapłacić za nocleg. Na moje pytanie, dlaczego, stwierdził, że jest to camping. Co ciekawe, obok schroniska jest tabliczka z informacją, że nie można tam rozstawiać namiotu. Kiedy zapytałam się, dlaczego nie powiedział nam o tym fakcie wcześniej, odparł, że nie pytaliśmy. Na koniec stwierdził, że przecież kasa nie jest dla nas problemem, a góry „are not for free”. Koniec końców mu płacimy, ale oboje mamy tak podniesione ciśnienie, że nie potrzebujemy żadnego energetyka lub kawy. Przed wyruszeniem w dalszą drogę dostaję od Czechów bandaż, którym Tomek owija moją poszarpaną przez wściekłego buta nogę.

Początkowo nasza trasa wiedzie zakosami na grzbiet, górujący po lewej stronie nad Ribni Ezera. Kolory szlaku to czerwony i niebieski. Nie należy się zbytnio przejmować, gdyż zamiast czerwonych pojawiają się od czasu do czasu żółte znaczki. Później jednak kolor czerwony powraca na szlak. Wychodzi na to, że Bułgarzy po prostu zapomnieli tego poprawić. (Możliwe, że teraz nie ma już tam takiego zamieszania, ale w 2010 roku było to dość intrygujące.)

Dalej idziemy trawersującą drogą, z której widoki po lewej stronie umilają nam podróż. Szlak wznosi się dość łagodnie, przemierzając kolejne trawiaste kopki. Zaduch robi się coraz większy, słońce staje się silnie nękające, a owady atakują jak wściekłe. Nie wróży to nic dobrego.

Docieramy na przełęcz nad schroniskiem Grynczar. Robimy krótką przerwę i ruszamy w górę. Zaczyna padać. Z niewielkiego deszczu po chwili robi się totalna ulewa. „Ubieramy się” w namiot i usiłujemy przeczekać to pogodowe szaleństwo. Gdy deszcz na chwilę słabnie, zbiegamy nieco niżej, gdzie jest bardziej płasko i staramy się nieco rozstawić namiot, by w nim normalnie usiąść. Wokół nasz zaczynają szaleć trzy burze – każda z innej strony. Planowaliśmy tego dnia wejść na Musałę, jednak z każdym grzmotem wizja ta oddala się coraz bardziej. Jemy obiad i czekamy. W końcu jednak podejmujemy jedyną słuszną decyzję – desantujemy się do schroniska Grynczar. Gdy tam maszerujemy, na chwilę wychodzi słońce i tworzy się podwójna tęcza. Deszcz znów zaczyna padać, ale dość szybko udaje nam się dotrzeć do celu. Przed wejściem spotykamy jakiegoś miłego gościa, który odprowadza nas do jadalni. Wewnątrz panuje przyjemne ciepło, więc nasze ciuchy i reszta rzeczy mają szansę porządnie wyschnąć. Gospodarz Grynczaru od razu pyta się nas, czy jesteśmy Polakami. Ogólnie panuje tam domowa atmosfera. Wieczór spędzamy w większej ekipie – my, dwie Bułgarki, dwójka Francuzów i ich bułgarski tłumacz, Bułgar, którego widzieliśmy w Ribni Ezera oraz opiekun schroniska. Gdy gospodarz zobaczył, że piszę dziennik, od razu wręczył mi księgę pamiątkową, abym się do niej wpisała. Podsumowując, mimo lekkiej zmiany planów, to wyszliśmy na tym całkiem na plus.

Schronisko Ribni Ezera z góry

Schronisko Ribni Ezera

Na rilskim szlaku

Zielona Riła

SONY DSC

Rilski drogowskaz

SONY DSC

Cisza przed burzą

SONY DSC

Burza nad Riłą coraz bliżej

Burzowo w RIle

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Tęcza nad Grynczarem

SONY DSC

Schronisko Grynczar

SONY DSC

przed schroniskiem Grynczar

Zachód słońca widziane z Grynczaru

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Bałkany 2010. Część 7 – Długie dwa dni w Rile

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s