Bałkany 2010. Część 4 – na grani Pirynu

5.09.10 Po ekscytującej nocy z „wędrownym szuraczem”, poranek jest dla mnie dość ciężki. Niestety do 9 trzeba opuścić pokój, a co za tym idzie łóżko. Stwierdzam, że świat jest zły i pakuję moje graty. Przenosimy się z Tomaszem do jadalni. Prognozy na dziś są mało obiecujące – przelotne opady deszczu. Do tego na zewnątrz utrzymują się mgły, więc nasza chęć do wychodzenia w góry jest minimalna. Postanawiamy, że jak dosuszymy nasze graty, to wyruszymy na szczyt Wichrenu. Schronisko powoli pustoszeje, dzięki czemu przy piecyku robi się więcej miejsca i możemy porozwieszać nasze mokre ciuchy. Tomka łapie gastrofaza i połowę czasu spędza konsumując kolejne potrawy. Kiedy tak siedzimy w jadalni medytując nad piecykiem, przychodzi dwójka Polaków. Sympatyczna rozmowa umila nam czas aż do 13, kiedy w końcu zbieramy się w trasę. Kierujemy się czerwonym szlakiem w stronę schroniska Jaworow. Początkowo szlak ten idzie równolegle do tego, który wiedzie na Wichren, później jednak odbija w prawo i trawersuje zbocze. My jednak idziemy dalej w stronę Wichrenu. Po drodze spotykamy ekipę z Krakowa, którą wczoraj widzieliśmy w schronisku. Ich najbardziej charakterystyczną postacią jest przewodnik PTTK, starszy gość, który maszeruje w rozpiętej, flanelowej koszuli, świecąc gołą klatą. Pozdrawiamy rodaków, ucinamy sobie z nimi małą pogawędkę i idziemy coraz wyżej. Mijamy po prawej stronie schron Kazan – metalową budę na niewielkim wzniesieniu, która może pomieścić 4-5 osób. Docieramy na przełęcz rozdzielającą Wichren od Kuteło.  Tam postanawiamy nie zdobywać najwyższego szczytu Pirynu z racji pory i faktu, iż chcemy dostać się do schronu Konczeto, by tam przenocować. Najpierw nasza ścieżka wiedzie piarżystym zboczem – szlak jest mocno rozdeptany i trzeba samemu wybierać, którędy chce się iść. Później pniemy się do góry łagodnym, trawiastym zboczem.  Nasz idiotyczny przewodnik twierdzi, że powinniśmy wbić się na skalistą grań. Na chwilę tak robimy, by szybko wrócić na ścieżkę trawersującą strome i piarżyste zbocze. Grań jest super, o ile idzie się na lotnej asekuracji. Bez niej, nie podejmujemy wyzwania. Autorów przewodnika serdecznie pozdrawiam i składam wyrazy podziwu dla ich inwencji twórczej.  No nic…na chwilę szlak wynosi nas z powrotem na grań, która w tym miejscu zabezpieczona jest stalowymi linami, później jednak opada poniżej szczytów i po chwili docieramy do schrony Konczeto (2760m n.p.m.). Teoretycznie spać tu można tylko w przypadku załamania pogody. My uznajemy, że naszym nagłym przypadkiem jest zbliżająca się noc, gdyż do schroniska Jaworow jeszcze kawał drogi. W schronie są koce, baterie, świeczki, trochę jedzenia, butle z gazem, świecznik w kształcie konia (nie wiem, komu chciało się go wynosić na taką wysokość), jakieś śruby, flaga Tybetu, bandaże, jakieś leki i stare gazety. Są też dwie księgi pamiątkowe, do których oczywiście się wpisujemy. Znajdujemy w nich trochę polskich akcentów, ale także czeskich, słowackich i oczywiście mnóstwo bułgarskich.

Leniuchujemy w schronie, snując plany na jutrzejszy dzień, np. fotografowanie wschodu słońca. Kiedy postanowiłam wyjść na zewnątrz, by nieco się odświeżyć, prawie dostałam zawału, gdy po otwarciu drzwi zobaczyłam dwójkę Bułgarów z ogromnymi plecakami. Cóż oni również zaplanowali nocleg w Konczeto. Bułgar świetnie mówi po angielsku. Opowiedział nam nieco o schronie, który został zbudowany w latach 50tych. Nasz nowy znajomy bardzo często był jego gościem, zarówno latem, jak i zimą. Podobno rekordem schronu, było 15 osób, które nocowało w jego wnętrzu. Jedyny problem polegał na tym, że plecaki musiały zostać na zewnątrz.

Bułgar poczęstował nas grappą domowej produkcji, która smakowała wyśmienicie. Pogoda, góry i chmury postanowiły nas rozpieścić organizując wspaniały spektakl o zachodzie słońca. We czwórkę biegamy po okolicy jak „japońscy turyści”, każdy ze swoim aparatem i robimy zdjęcia. Bułgar pokazał nam na swoim aparacie góry, które jak to stwierdził „musimy koniecznie odwiedzić”, jeśli dotrzemy do Czarnogóry. Chodziło o Góry Prokletije – Góry Przeklęte, Alpy Albańskie. Dostajemy od niego konkretne wskazówki, gdzie dokładnie mamy się udać, gdzie znaleźć miejsce na rozbicie namiotu, itd. Wieczór upływa nam na pogawędkach i wspólnej kolacji przygotowanej przez żonę Bułgara. Jemu szopską sałatkę i popijamy ją grappą.

Najbardziej zaskakujące było to, że Bułgar okazała się być prężnym działaczem couchsurfingu w Sofii. Trochę było to dla mnie zaskakujące, gdyż wiekiem był pewnie bliższy mojej babci, niż moim rodzicom. Obiecałam, że po powrocie do domu znajdę go przez CS i napiszę. Cóż świat jest jednak mały!

Akcja suszenia gratów

SONY DSC

Sesja fotograficzna z kotem, którego powinniście kojarzyć z wpisu Bałkany=Koty

SONY DSC

Schronisko Wichren z góry

SONY DSC

Stamtąd wczoraj przyszliśmy

SONY DSC

Na szlaku

SONY DSC

SONY DSC

Schron Kazan

SONY DSC

SONY DSC

Na przełęczy

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

W drodze do Konczeto

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Schron Konczeto

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Zachód słońca

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Bałkany 2010. Część 4 – na grani Pirynu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s