Bałkany 2010. Część 2 – początki w Pirynie

3.09.2010 Zawsze chciałam obchodzić urodziny w jakimś cudownym miejscu i moje marzenie się spełniło tego dnia. Poranek ukazuje nam piękno miejsca, w którym rozbiliśmy namiot. Widok na Rożeńskie Piramidy naprawdę robi wrażenie. W źródełku można zażyć ożywczej kąpieli, gdyż woda jest przyjemnie chłodna. Do tego na niebie nie ma ani jednej chmurki, a słońce zaczyna z lekka przypiekać. Podczas śniadania dostaję smsa z najmilszymi tego dnia życzeniami. Moja przyjaciółka nie dość, że życzyła mi wszystkiego dobrego, to jeszcze przesłała bardzo ważną wiadomość – otóż będąc na Rodos, jej ówczesny partner, a obecny mąż, oświadczył się jej. Bałkany jednak mają w sobie sporą dozę romantyczności.

Po zwinięciu obozowiska idziemy do Rożenu, który jest jeszcze mniejszy niż Melnik i ruszamy na szlak w stronę schroniska Piryn. Początkowo idziemy asfaltem, by po pewnym czasie odbić w prawo i podążać wzdłuż  koryta wyschniętego potoku. Robi się coraz cieplej, a plecak robi się coraz cięższy. Nasz szlak w końcu opuszcza piaszczyste dno potoku, by zacząć wspinać się lesistym zboczem. Mnie idzie się coraz gorzej, każdy krok to walka z samą sobą. Przeklinam fakt, że przez sporą część sierpnia mocno imprezowałam (Woodstock, wesele z ekipą z Woodstocku, jakaś Dymarkowa impreza).  Kiedy wychodzimy z lasu na szutrową drogę, ze zdziwieniem odkrywam, że z nosa leci mi krew. Ratuję się jakąś rozpuszczalną witaminą oraz wapnem i po dwudziestu minutach jestem gotowa do dalszego marszu. Tomasz trochę marudzi, że mogłabym o siebie bardziej zadbać i mniej imprezować przed wyjazdem. Było już odrobinę za późno na takie rady, więc po prostu nie miałam wyjścia i musiałam się szybko pozbierać. Czytaj dalej

Reklamy